Adam Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów

(fragmenty)

ROZDZIAŁ 1. O PODZIALE PRACY

Największy rozwój produkcyjnych sił pracy i wielka sprawność, zręczność i zrozumienie, jakie widzimy wszędzie w kierowaniu pracą lub w jej wykonywaniu, były, zdaje się, rezultatem podziału pracy.

Łatwiej zrozumiemy skutki podziału pracy dla ogólnej działalności wytwórczej społeczeństwa, gdy rozważymy, w jaki sposób podział ten odbywa się w poszczególnych rzemiosłach. Powszechne jest mniemanie, że jest on najbardziej rozwinięty w niektórych mało ważnych rzemiosłach; nie dlatego, aby w nich istotnie posunięty był dalej niż w innych ważniejszych, lecz dlatego, że w tych małych, które zaspakajać mają mniej ważne potrzeby niewielkiej liczby ludzi, ogólna liczba robotników musi być z konieczności małą, a wszyscy, zajęci w różnych gałęziach tej pracy, mogą często być skupieni w jednym warsztacie, dzięki czemu oko widza obejmie ich wszystkich naraz. Natomiast w wielkich rzemiosłach, które zaspakajać mają ważne potrzeby całej ludności, każda gałąź pracy zatrudnia tak wielką liczba robotników, że niemożliwe jest pomieszczenie ich wszystkich w jednym warsztacie. Rzadko więc możemy tu widzieć jednocześnie poza tymi, którzy zajęci są w jakiejś jednej gałęzi pracy, jeszcze innych. Chociaż tedy w takich rzemiosłach praca w rzeczywistości podzielona jest na znacznie więcej działów, niż w owych mniej ważnych rzemiosłach, podział pracy nie jest w nich tak oczywisty i mógł łatwiej ujść uwagi widza.

Weźmy dla przykładu niepozorne rękodzieło, które jednak swym podziałem pracy często zwracało na siebie uwagę, mianowicie rzemiosło wyrobu szpilek; robotnik, nie zaprawiony do tej roboty (którą podział pracy uczynił odrębnem rzemiosłem), i nie obeznany z używanemi w niej maszynami (do których wynalezienia podnietę dał prawdopodobnie tenże podział pracy), potrafiłby może przy największej pilności zrobić jedną szpilkę na dzień, ale z pewnością nie zrobiłby dwudziestu. Sposób jednak obecnego prowadzenia tej roboty czyni ją nie tvlko odrębnem rzemiosłem, ale dzieli ją jeszcze na szereg gałęzi, których większość stanowi również pewnego rodzaju odrębne fachy. Jeden robotnik wyciąga drut, drugi go prostuje, trzeci tnie, czwarty zaostrza, piąty toczy koniec dla osadzenia główki; sporządzenie główki wymaga dwóch lub trzech oddzielnych czynności; osadzanie główki stanowi odrębną pracę, jak również bielenie szpilek; nawet wtykanie szpilek w papier stanowi oddzielne zatrudnienie; w ten sposób ważne rzemiosło wyrobu szpilek podzielone jest na blisko 18 różnych czynności, które w niektórych rękodzielniach wykonywane są przez różnych pracowników, gdy w innych jeden pracownik ma z nich dwie lub trzy do wykonania. Widziałem małą pracownię tego rodzaju, gdzie zajętych było tylko dziesięć osób, niektóre z nich miały więc dwa lub trzy różne zatrudnienia. Chociaż ludzie ci byli bardzo biedni i wskutek tego tylko skąpo zaopatrzeni w niezbędne maszyny, byli przecież w stanie przy pewnym wysiłku wyprodukować wspólnie około dwunastu funtów szpilek dziennie. Ponieważ na funt szpilek przypada z górą 4000 szpilek średniej wielkości, więc owe dziesięć osób było w stanie wyprodukować wspólnie ponad 48000 szpilek na dzień. Ponieważ każda z nich robiła dziesiątą część owych 48000 szpilek, więc można uważać, że wyrabia 4800 szpilek dziennie. Gdyby natomiast każda z tych osób pracowała oddzielnie i samodzielnie i nie była uprzednio wyszkoloną w tej specjalnej pracy, to z pewnością żadna z nich nie zrobiłaby dwudziestu, a może nawet nie zrobiłaby i jednej szpilki na dzień; t. zn., że nie zrobiłaby 240-tej a może nie zrobiłaby nawet 4800-nej części tego, co są w stanie wyprodukować teraz dzięki właściwemu podziałowi i połączeniu swych różnych czynności.

W każdym kunszcie lub rzemiośle skutki podziału pracy są podobne do tych, jakie widzimy w tern tak niepozornem rzemiośle, choć w wielu z nich praca nie daje się tak dalece podzielić, ani sprowadzić do tak prostych czynności. W każdym jednak rzemiośle podział pracy, o ile tylko daje się zastosować, przynosi proporcjonalny wzrost sił wytwórczych pracy. Ta korzyść była, zdaje się, przyczyną wyodrębniania się różnych rzemiosł i zajęć. Jest ono zazwyczaj najdalej posunięte w okolicach o najwyższym rozwoju przemysłu i kultury; to, co w społeczeństwie pierwotnem jest dzie­łem pracy jednego człowieka, w społeczeństwach na wyższym stopniu kultury bywa zazwyczaj dziełem kil­ku jednostek. W każdem rozwiniętem społeczeństwie rolnik jest zazwyczaj li tylko rolnikiem, rzemieślnik -tylko rzemieślnikiem. Nawet praca, potrzebna do wy­tworzenia jakiegoś określonego wyrobu, bywa prawie zawsze rozkładaną na wiele rąk roboczych. Jakże wiele różnych zatrudnień mamy w każdej gałęzi przemysłu lnianego i wełnianego, począwszy od producentów lnu i wełny aż do blacharzy i prasowaczy płótna lub do farbiarzy i foluszników! Natura gospodarstwa wiejskie­go natomiast nie pozwala na takie rozczłonkowanie pracy, ani na tak zupełne oddzielenie jednego zajęcia od drugiego, jak rzemiosła. Niepodobna tak zupełnie oddzielić zajęcia hodowcy bydła od zajęcia producenta zboża, jak oddzielone są od siebie zwykle zajęcia cieśli i kowala. Przędzarz i tkacz - to prawie zawsze dwie różne osoby; lecz oracz, bronownik, siewca i żniwiarz -to często jedna i ta sama osoba. Zapotrzebowanie tych różnych rodzajów pracy zależy od różnych pór roku, niemożliwe więc jest, by jedna osoba zajętą była ciągle jednym z tych rodzajów pracy. Niemożliwość przepro­wadzenia w gospodarstwie wiejskiem tak zupełnego oddzielenia od siebie różnych jego gałęzi pracy, jest może przyczyną, dlaczego rozwój sił produkcyjnych pracy w tej dziedzinie nie zawsze dotrzymuje kroku postępowi tych sił w rzemiosłach. Najbogatsze narody przewyższają wprawdzie zazwyczaj wszystkich swych sąsiadów zarówno w rolnictwie, jak i w rękodziełach, wyróżniają się jednak zwykle bardziej wyższością w tych ostatnich, niż w tamtem. Ich ziemie są na ogół w lepszej kulturze, a pochłonąwszy więcej pracy i kosztów, przy­noszą w stosunku do obszaru i naturalnej żyzności gleby więcej plonów, Ale ta zwyżka plonów rzadko przekracza o wiele zwyżkę pracy i kosztów. W rolnic­twie praca kraju bogatego nie zawsze jest o wiele produkcyjniejszą, niż praca kraju ubogiego, a przynajmniej nie jest nigdy o tyle produkcyjniejszą, jak zwykle bywa w rękodziełach. Dlatego zboże kraju bogatego przy tej samej dobroci nie zawsze będzie tańsze na rynku, od zboża kraju ubogiego. Zboże polskie jest - przy równej dobroci - w równej cenie ze zbożem francuskiem, po­mimo większej zamożności i postępu kultury tego ostatniego kraju. Zboże rolniczych prowincyj Francji jest równie dobre jak zboże angielskie i jest mu w prze­ważającej liczbie lat równe w cenie, chociaż Francja nie dorównywa może Anglji bogactwem i kulturą. A jed­nak ziemie zbożowe w Anglji są w lepszej kulturze niż we Francji, zaś ziemie zbożowe we Francji są podobno o wiele lepiej uprawne niż w Polsce. Chociaż więc kraj ubogi, mimo niższości swej kultury rolnej, może w pew­nej mierze konkurować z bogatym pod względem ta­niości i dobroci swego zboża, nie może jednak ważyć się na podobne współzawodnictwo w rękodziełach, zwłaszcza wtedy, gdy w bogatym kraju rękodziełom tym sprzyja gleba, klimat i położenie. Jedwabie francu­skie są lepsze i tańsze od angielskich, gdyż przemysł jedwabny, przynajmniej przy obecnych wysokich cłach przywozowych na jedwab surowy, mniej odpowiada klimatowi Anglji niż klimatowi Francji. Natomiast an­gielskie wyroby stalowe i z grubej wełny są bez porów­nania lepsze od francuskich, a nadto przy tym samym gatunku o wiele tańsze. W Polsce niema zdaje się żad­nego przemysłu, z wyjątkiem produkcji przedmiotów, potrzebnych w zwykłem gospodarstwie domowem, bez której żaden kraj istnieć nie może.

Wielki wzrost ilości owoców pracy, jakie ta sama liczba ludzi może osiągnąć w następstwie podziału pracy, zawdzięczamy trzem różnym okolicznościom: po pierwsze, wzrostowi sprawności każdego robotnika; po drugie, zaoszczędzeniu czasu, który się zwykle traci przy przechodzeniu od jednego rodzaju roboty do dru­giego; wreszcie, wynalezieniu wielkiej liczby maszyn, które ułatwiają i skracają pracę i pozwalają jednemu człowiekowi wykonywać pracę wielu.

Po pierwsze, wzrost sprawności robotnika zwiększa nieodzownie ilość pracy, jaką może wykonać; a podział pracy, sprowadzając zadanie każdego człowieka do pewnej jednej, prostej czynności i czyniąc z niej jedyne zatrudnienie jego życia, zwiększa z konieczności bar­dzo znacznie sprawność robotnika. Prosty kowal, choć przywykły do władania młotem, ale nie posiadający żadnej wprawy w robieniu gwoździ, gdyby w pewnym szczególnym wypadku zmuszony był do podjęcia tej roboty, pewny jestem, nie byłby w stanie zrobić więcej niż 240 do 300 gwoździ dziennie i to bardzo lichych. Kowal, który zwykł robić gwoździe, dla którego jednak wyrób gwoździ nie był wyłącznem ani też głównem zatrudnieniem, przy wielkiej pracowitości rzadko zrobi więcej niż 800 do 1000 gwoździ dziennie. Wdziałem wielu chłopców poniżej lat 20, którzy nigdy nie upra­wiali innego rzemiosła, jak tylko robienie gwoździ, i z których każdy, przykładając się należycie do pracy, mógł zrobić ponad 2300 gwoździ na dzień. Robienie gwoździ wszakże nie należy bynajmniej do najprost­szych czynności. Ten sam człowiek porusza miechy, poprawia i dokłada w miarę potrzeby do ognia, rozża­rza żelazo i wykuwa wszystkie części gwoździa: przy wykuwaniu główki musi nawet zmienić narzędzia. Rozmaite czynności, na które rozpada się robienie szpil­ki lub guzika metalowego, są wszystkie o wiele prost­sze, a sprawność osoby, która całe życie spędziła na wykonywaniu jednej z nich, jest zazwyczaj dużo więk­sza. Szybkość, z jaką wykonywane są niektóre z tych czynności, przewyższa wszystko, co osiągnąć może ręka ludzka w wyobrażeniu człowieka, który ich nigdy nie widział.

Po drugie, korzyść, jaką się osiąga przez zaoszczę­dzenie czasu, traconego zwykle przy przechodzeniu od jednego rodzaju pracy do drugiego, jest o wiele większą niż z pierwszego wejrzenia wyobrazić sobie można. Niepodobna jest przejść bardzo szybko od jednego ro­dzaju pracy do drugiego, wykonywanego na innem miejscu i zupełnie innemi narzędziami. Tkacz wiejski, uprawiający małe gospodarstwo rolne, tracić musi znaczną część swego czasu na przechodzenie od warsz­tatu do pracy w polu i z pola do warsztatu. Gdy dwa zajęcia wykonywane być mogą w jednym i tym samym warsztacie, strata czasu jest niewątpliwie o wiele mniej­sza, Ale i w tym wypadku jest ona bardzo znaczna.

Człowiek ociąga się zwykle trochę gdy od jednego ro­dzaju pracy przechodzi do drugiego. Przy rozpoczyna­niu nowej pracy człowiek rzadko bywa bardzo żywy i ochoczy; mówimy, że jeszcze się w nią nie włożył, i raczej przez jakiś czas marudzi, zanim się dzielnie do niej zabierze. To przyzwyczajenie do marudzenia i gnuśnego, niemrawego pracowania, którego nabywa każdy robotnik wiejski, zmuszony do zmieniania co pół go­dziny swej pracy i narzędzi i do przykładania swej ręki do dwudziestu różnych robót w każdym prawie dniu swego życia, czyni go prawie zawsze opieszałym i leniwym i niezdolnym do żywego zajęcia się pracą w najbardziej nawet pilnej potrzebie. Niezależnie prze­to od jego mniejszej sprawności, już sama ta przyczyna musi zawsze znacznie obniżać ilość pracy, jaką jest w stanie wykonać.

Po trzecie wreszcie, każdy musi zauważyć, jak bar­dzo ułatwia i skraca pracę zastosowanie odpowiednich maszyn. Przytaczanie przykładu jest chyba zbyteczne. Zauważę przeto tylko, że wynalezienie maszyn, które tak bardzo ułatwiają i skracają pracę, powstało, jak się zdaje, z podziału pracy. Wynalezienie łatwiejszych i prostszych metod otrzymywania jakiejś rzeczy jest daleko prawdopodobniejsze wtedy, gdy cała uwaga człowieka skupiona jest na danej rzeczy, niż gdy jest rozproszona na wiele różnych. Właśnie wskutek po­działu pracy cała uwaga człowieka z natury rzeczy skierowana jest na jakiś jeden bardzo prosty przedmiot. Można się przeto spodziewać, że ten lub ów z zajętych w jakiejś poszczególnej gałęzi pracy wynajdzie wnet łatwiejsze i prostsze sposoby wykonywania swej własnej specjalnej pracy, o ile tylko jej istota na takie udo­skonalenie pozwala. Znaczną ilość maszyn stosowa­nych w rękodzielniach, mających najdalej posunięty podział pracy, wynaleźli początkowo zwykli robotnicy, z których każdy, zajęty wykonywaniem jakiejś bardzo prostej czynności, silą rzeczy zwracał swe myśli ku wynalezieniu łatwiejszych i prostszych sposobów pra­cy. Kto często zwiedzał takie rękodzielnie, musiał nie­raz obserwować bardzo piękne maszyny, wynalezione przez takich robotników dla ułatwienia i przyśpiesze­nia ich własnej czynności.

Przy pierwszych maszynach parowych używano chłopców do kolejnego otwierania i zamykania naprzemian połączenia między kotłem i cylindrem w miarę, jak się tłok podnosił lub opuszczał. Jeden z tych chłop­ców, lubiący bawić się z kolegami, spostrzegł, że gdy połączy sznurkiem rączkę wentyla, otwierającego to połączenie, z inną częścią maszyny, wentyl otwiera się i zamyka bez jego pomocy, zostawiając mu swobodę zabawiania się z kolegami. Jedno z największych udo­skonaleń, jakie dokonano przy tej maszynie od czasu jej wynalezienia, było więc odkryciem chłopca, który chciał sobie oszczędzić pracy.

Wszelako bynajmniej nie wszystkie udoskonalenia w dziedzinie maszyn były wynalazkiem tych, którzy ich używali. Wiele ulepszeń wprowadziła wynalaz­czość wyrabiających maszyny, gdy wyrób ich stał się zadaniem specjalnego rzemiosła; niektóre osiągnięto przez wynalazczość tych, których nazywamy filozofa­mi lub teoretykami, a których zadanie polega nie na robieniu czegoś, lecz na obserwowaniu wszystkiego; oni to dzięki temu są często w stanie kojarzyć z sobą siły najodleglejszych i najróżnorodniejszych rzeczy. Z postępem społeczeństwa filozofja czyli teorja staje się, podobnie jak każde inne zajęcie, głównem lub wyłącznem zatrudnieniem i czynnością specjalnej klasy obywateli. Podobnie jak każde inne zajęcie, dzieli się ono na wielką liczbę różnych gałęzi, z których każda zajmuje pewną część lub klasę filozofów, a ten podział zajęć w filozofji, tak jak w każdym innym zawodzie, powiększa sprawność i daje oszczędność czasu. Każda jednostka nabiera przez to więcej doświadczenia w swo­jej specjalnej gałęzi, ilość dokonanej pracy jest ogółem większa, a zakres wiedzy znacznie wzrasta.

Właśnie wielkie wzmożenie się produkcji we wsze­lakich sztukach, wynikające z podziału pracy, powoduje w dobrze rządzonem społeczeństwie ową powszechną zamożność, sięgającą aż do najniższych warstw ludno­ści. Każdy robotnik rozporządza znaczną ilością wła­snej pracy, poza tą, której dla siebie potrzebuje; a ponie­waż wszyscy inni robotnicy są w tern samem położe­niu, jest on w stanie wymienić wielką ilość własnych dóbr na wielką ilość lub, co na jedno wychodzi, za cenę wielkiej ilości innych dóbr. On dostarcza obficie czego im potrzeba, oni zaś zaopatrują go równie dostatnio w to, czego jemu potrzeba, i powszechny dostatek prze­nika wszystkie warstwy społeczeństwa.

Zwróćmy tylko uwagę na dobytek najprostszego rzemieślnika lub wyrobnika w cywilizowanym i po­myślnie rozwijającym się kraju, a spostrzeżemy, że licz­ba ludzi, którzy cząstką, choć tylko małą cząstką swych wysiłków, przyczynili się do stworzenia tego dobytku, przekracza wszelkie obliczenia. Wełniana kurtka np., która okrywa wyrobnika, choćby najzwyklejsza i naj­prostsza z wyglądu, jest owocem łącznej pracy wielkiej liczby robotników. Pasterz trzód, sortownik wełny, czesacz lub gremplarz, farbiarz, snowacz, przędzarz, tkacz, prasowacz i wielu innych, wszyscy muszą połączyć swe różne sztuki, żeby tą prostą rzecz sporządzić. Ilu kupców i woźniców musiało poza tem być zatrudnio­nych przy przewożeniu materjału od jednych robotni­ków do drugich, mieszkających często w bardzo odle­głych częściach kraju! Ile handlu i w szczególności żeg­lugi, ilu budujących okręty, żeglarzy, wyrabiających żag­le, powróźników potrzeba było, by zebrać te różne materjały używane przez farbiarza, a pochodzące czę­sto z najodleglejszych krańców świata! A co za różno­rodność pracy jest potrzebna, by sporządzić narzędzia dla najprostszego z tych robotników! Nie mówiąc już o tak skomplikowanych maszynach jak statek, młyn foluszowy lub nawet warsztat tkacki, rozważmy tylko, jak różnorodnej pracy wymaga sporządzenie tej naj­prostszej maszyny, nożyc, któremi pasterz strzyże weł­nę. Górnik, ustawiacz pieca dla wytapiania rudy, drwal, wypalacz węgla drzewnego dla użytku huty, strycharz, murarz, robotnicy do obsługi pieca hutnicze­go, walcownik, kowal, nożownik, wszyscy muszą połą­czyć swe różne umiejętności, by sporządzić nożyce. Gdybyśmy chcieli w ten sam sposób zbadać wszelkie części jego odzieży i urządzenia domowego, zgrzebną, płócienną koszulę, którą nosi na ciele, obuwie, które okrywa jego nogi, łóżko, w którem sypia, oraz wszyst­kie części, z których się ono składa, płytę kuchenną, na której przyrządza swoją strawę, węgle, których do tego używa, i które, wydobywane z szybów, dostarczane są może daleką morską i lądową drogą, wszystkie inne jego sprzęty kuchenne, zastawę jego stołu, noże i widelce, gliniane lub cynowe talerze, na których poda­je i kraje swe potrawy, wszystkie ręce, zajęte przygoto­waniem jego chleba i piwa, szyby okienne, wpuszczają­ce ciepło i światło, a chroniące od wiatru i deszczu wraz z całą wiedzą i sztuką, które były potrzebne dla przygotowania tego cudownego i szczęśliwego wyna­lazku, bez którego wątpię czy te północne części świata mogłyby dostarczyć naprawdę wygodnego mieszka­nia, nadto wreszcie narzędzia tych rozlicznych robotni­ków, zajętych wytwarzaniem tych różnych przedmio­tów, gdybyśmy, powiadam, zbadali wszystkie te rzeczy i zważyli, co za różnorodność pracy jest zużyta na każdą z nich, zrozumielibyśmy, że bez pomocy i współ­działania wielu tysięcy ludzi, najskromniejszy człowiek w cywilizowanym kraju nie mógłby być zaopatrzony nawet w takie, jak zupełnie błędnie mniemamy, łatwe i proste środki, w jakie zwykle jest zaopatrzony. W po­równaniu oczywiście z bardziej wybujałym zbytkiem wielkich, jego dobytek musi niewątpliwie wydawać się nadzwyczaj prostym i łatwym; a jednak może być prawdą, że zaopatrzenie europejskiego księcia nie za­wsze przewyższa w tym stopniu dobytek gospodarne­go i skromnego chłopa, w jakim dobytek ostatniego przewyższa zaopatrzenie niejednego afrykańskiego króla, absolutnego pana życia i śmierci dziesięciu tysię­cy nagich barbarzyńców.

ROZDZIAŁ 2. O ŹRÓDLE PODZIAŁU PRACY.

Podział pracy, z którego tyle płynie korzyści, nie był początkowo dziełem jakiejś mądrości ludzkiej, przewi­dującej i zmierzającej do tego powszechnego dobroby­tu, jaki on sprowadza. Jest on koniecznem, aczkolwiek bardzo powolnem i stopniowem następstwem pewnej skłonności ludzkiej natury, nie mającej na oku tak sze­rokiej użyteczności, mianowicie skłonności do wymia­ny, do handlu i do zamieniania jednej rzeczy na drugą.

Czy ta skłonność jest jedną z tych pierwotnych cech natury ludzkiej, z których nie można sobie bliżej zdać sprawy, czy też, co wydaje się prawdopodobniejszem, jest koniecznem następstwem zdolności myślenia i mó­wienia, to nie należy do przedmiotu naszych badań. Jest ona wspólną wszystkim ludziom, i nie spotykamy jej u żadnego innego gatunku zwierząt, które, zdaje się, nie znają ani tego ani żadnego innego rodzaju umów. Dwa charty, goniące razem tego samego zająca, robią niekiedy wrażenie, jakby działały w pewnego rodzaju porozumieniu. Każdy z nich zagania go w kierunku swego towarzysza, lub stara się go pochwycić, gdy go towarzysz zagoni w jego stronę. Nie jest to jednakże rezultatem jakiejś umowy, lecz wynika z przypadkowej zgodności ich pożądania jednej i tej samej rzeczy w tym samym czasie. Nikt nigdy nie widział, aby pies zamie­niał z drugim dobrowolnie i celowo jedną kość za dru­ga. Nikt jeszcze nie widział zwierzęcia, któreby drugie­mu dawało znać swemi ruchami i swoistemi głosami: to jest moje, tamto twoje; gotów jestem dać ci to za tamto. Gdy zwierzę chce coś uzyskać od człowieka lub od drugiego zwierzęcia, niema innych środków skłonienia ich do tego, jak zaskarbienie sobie życzliwości tych, których usługi potrzebuje. Młode szczenię pieści swoją matkę, a wyżeł stara się tysiącem sposobów zwrócić na siebie uwagę swego pana, siedzącego przy stole, gdy chce od nich otrzymać kęs pożywienia. Człowiek stosu­je niekiedy te same środki wobec swych bliźnich i, gdy nie ma innego sposobu do skłonienia ich do działania w myśl swoich pragnień, usiłuje osiągnąć ich przychyl­ność za pomocą służalstwa i pochlebstw. Nie ma on jednak czasu na robienie tego w każdej okoliczności. W cywilizowanem społeczeństwie potrzebuje nieustan­nie współdziałania i pomocy wielkiej liczby ludzi, pod­czas gdy całe życie jego wystarczy zaledwie na pozy­skanie przyjaźni kilku osób. U wszystkich niemal in­nych gatunków zwierząt jednostka, po dojściu do doj­rzałości, jest całkowicie niezależną i w warunkach na­turalnych nie potrzebuje pomocy żadnej innej żyjącej istoty. Człowiek natomiast prawie ciągle potrzebuje pomocy swych bliźnich i na próżno szukałby jej jedy­nie w ich życzliwości. Więcej jest prawdopodobień­stwa, że ją uzyska, gdy potrafi przemówić do ich egoizmu i wykazać im, że zrobienie tego, czego od nich żąda, jest dla nich samych korzystne. Każdy, kto proponuje drugiemu jakiś interes, robi to samo. Daj mi to, czego ja chcę, a otrzymasz to, czego ty chcesz - oto znaczenie każdej takiej propozycji, i to jest właśnie sposób, w jaki otrzymujemy nawzajem od siebie naj­większą część usług, których potrzebujemy. Nie od przychylności rzeźnika, piwowara lub piekarza spo­dziewamy się naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. Nie odwołujemy się do ich humanitarności, lecz do ich egoizmu, i nie mówimy im o naszych potrzebach, lecz o ich korzyściach. Jedynie żebrak godzi się z tern, by zależeć głównie od łaski swych współoby­wateli. Ale nawet żebrak nie jest od niej całkowicie zależny. Dobroczynność miłosiernych ludzi istotnie do­starcza mu wszystkich środków utrzymania. Choć jed­nak z tego czerpie zaspokojenie wszystkich niezbęd­nych potrzeb życiowych, nie otrzymuje ich jednak i nie może otrzymywać w każdej potrzebie. Większa część jego przygodnych potrzeb znajduje zaspokojenie w taki sam sposób, jak u innych ludzi, przez umowę, wymia­nę i kupno. Za pieniądze, otrzymane od jednego czło­wieka, kupuje pożywienie. Starą odzież, otrzymaną od kogoś innego, zamienia na inną starą odzież, bardziej mu odpowiadającą, lub na mieszkanie, żywność czy pieniądze, za które może nabyć, zależnie od potrzeby, żywność, odzież lub mieszkanie.

Jak przez umowę, wymianę i kupno otrzymujemy wszyscy od siebie większą część tych wzajemnych usług, których potrzebujemy, tak znów sama skłonność do wymiany jest źródłem podziału pracy. W hordzie myśliwych lub pasterzy wyrabia ktoś np. łuki i strzały szybciej i zręczniej, niż inni. Wymienia je często za bydło lub zwierzynę u swoich towarzyszy i w końcu spostrzega, że tym sposobem może uzyskać więcej by­dła i zwierzyny, niż gdyby sam poszedł w pole na łowy. Ze względu przeto na swój własny interes czyni on wyrób łuków i strzał swem głównem zajęciem i staje się czemś w rodzaju zbrojmistrza. Drugi prześciga innych w budowaniu i pokrywaniu ich małych chat lub przenośnych domów. Przyzwyczaja się być w tem użytecz­ny swym sąsiadom, którzy nagradzają go również by­dłem i zwierzyną, aż w końcu widzi swą korzyść w tem, by oddać się całkowicie temu zajęciu i staje się czemś w rodzaju cieśli. W ten sam sposób trzeci zostaje kowalem lub kotlarzem, a czwarty garbarzem, wypra­wiającym futra i skóry, główną część ubrania dzikich. Tak więc pewność, że można zbywającą część wytworu swej pracy, która przekracza własne spożycie, wymie­nić za takie wytwory pracy innych ludzi, które mogą być potrzebne, zachęca każdego do oddania się jakie­muś specjalnemu zajęciu i do rozwijania i doprowadze­nia do doskonałości tych talentów i zdolności, które posiada dla tego specjalnego zatrudnienia.

Odmienność przyrodzonych uzdolnień u różnych ludzi jest w rzeczywistości dużo mniejsza, niż nam się wydaje; a ta wielka różnorodność uzdolnień, które ce­chują ludzi różnych zawodów po ich dojściu do dojrza­łości, jest w wielu wypadkach nie tyle przyczyną, ile raczej skutkiem podziału pracy. Różnica między najbar­dziej niepodobnemi typami, na przykład między filozo­fem i zwykłym posłańcem ulicznym, pochodzi zdaje się nie tyle z natury, ile z przyzwyczajeń, sposobu życia i wychowania. Po przyjściu na świat i w ciągu pierw­szych sześciu czy ośmiu lat swego życia, byli oni, być może, bardzo do siebie podobni, i ani ich rodzice, ani rówieśnicy nie spostrzegali żadnych znaczniejszych między nimi różnic. W tym to czasie mniej więcej, lub nieco później, zaczęto ich wciągać do zupełnie odmien­nych zajęć. Wtedy zaczyna się zaznaczać różnica ich uzdolnień i wzrasta stopniowo, aż wreszcie próżność filozofa nie chce już prawie żadnego przyznać podo­bieństwa. Bez skłonności do wymiany i handlu każdy człowiek musiałby sam starać się dla siebie o wszystkie potrzeby i wygody życiowe. Wszyscy umieliby speł­niać takie same obowiązki i wykonywać jednakową pracę, i nie mogłaby powstać ta różnorodność zajęć, która jedynie sprowadziła może tak wielką różnorod­ność uzdolnień.

I jak powyższa skłonność stwarza różnorodność uzdolnień, zaznaczającą się u ludzi odmiennych zawo­dów, tak też ta sama skłonność czyni tę różnorodność użyteczną. Wiele rodzajów zwierząt, należących bez­sprzecznie do tego samego gatunku, obdarzonych jest przez naturę bardziej różniącemi się uzdolnieniami, niż te, które spotykamy wśród ludzi, zanim podlegli wpły­wom przyzwyczajenia i wychowania. Z natury, różnica między uzdolnieniami i skłonnościami filozofa i po­słańca ulicznego nie jest nawet przez pół tak wielka, jak między buldogiem i chartem, lub chartem i psem my­śliwskim, lub między ostatnim i psem owczarskim. Te różne rasy zwierząt jednak, chociaż należą do tej samej rodziny, nie przynoszą sobie nawzajem prawie żadnej korzyści. Siła buldoga bynajmniej nie jest poparta szyb­kością charta, lub mądrością psa myśliwskiego, czy też pojętnością psa owczarskiego. Owoce tych różnych ta­lentów i uzdolnień, z braku zdolności czy popędu do frymarczenia i zamiany, nie mogą być sprowadzone do wspólnego posiadania i nie przyczyniają się niczem do lepszego wyposażenia i wygód gatunku. Każde zwie­rzę zmuszone jest w dalszym ciągu wyżywiać się i bro­nić samodzielnie i niezależnie, i nie czerpie żadnych korzyści z tej różnorodności talentów, jakiemi natura obdarzyła jego pobratymców. Między ludźmi przeciw­nie, najbardziej odmienne uzdolnienia są sobie wzajem­nie użyteczne; różne wytwory odnośnych uzdolnień, dzięki ogólnej skłonności do frymarki, handlu i wymia­ny, stają się, rzec można, wspólnym zasobem, z którego każdy człowiek może nabyć tę część wytworu uzdol­nień innych ludzi, której potrzebuje.

ROZDZIAŁ 3. PODZIAŁ PRACY JEST ZALEŻNY OD ROZLEGŁOŚCI RYNKU.

Skoro możność wymiany prowadzi do podziału pracy, więc stopień podziału musi zawsze zależeć od zakresu tej możności czyli, innemi słowami, od rozle­głości rynku. Gdy rynek jest bardzo mały, nikt nie znajduje zachęty do oddawania się wyłącznie jednemu zajęciu, a to dla braku możności wymieniania całej zbywającej części wytworu własnej pracy, przekracza­jącej jego własne spożycie, za takie części wytworu pracy innych ludzi, jakich potrzebuje.

Istnieją pewne zatrudnienia, nawet bardzo pod­rzędnego rodzaju, które mają zastosowanie jedynie w wielkich miastach. Tragarz, naprzykład, nie może znaleźć zajęcia i utrzymania gdzie indziej. Wieś jest zbyt ciasnem środowiskiem dla niego; nawet zwykłe miasteczko nie jest dość dużem, by mu zabezpieczyć stałe zajęcie. W samotnie stojących domach i małych wioskach, rozrzuconych po tak odludnym kraju jak wyżyna Szkocka, każdy gospodarz wiejski musi być rzeźnikiem, piekarzem i piwowarem dla swej własnej rodziny. W takich warunkach nie możemy się spodzie­wać napotkać nawet kowala, cieślę lub mularza bliżej, niż w odległości 20 mil od drugiego takiego rzemieślni­ka. Rozrzucone rodziny, mieszkające w odległości ośmiu lub dziesięciu mil od najbliższego z nich, muszą się uczyć same wykonywać wiele drobnych robót, które w bardziej zaludnionych okolicach poruczałyby tym rzemieślnikom do wykonania. Rzemieślnicy wiejscy są prawie wszędzie zmuszeni poświęcać się tym wszyst­kim różnorodnym gałęziom pracy, które tyle tylko mają z sobą wspólnego, że wymagają tego samego materjału. Wiejski cieśla podejmuje się wszelkiego rodzaju robót w drzewie, wiejski kowal wszelkiego rodzaju robót w żelazie. Pierwszy jest nie tylko cieślą, lecz i stolarzem, meblarzem, a nawet rzeźbiarzem w drzewie, jak rów­nież kołodziejem, powoźrukiem i stelmachem. Zajęcia drugiego są jeszcze bardziej różnorodne. Niemożliwem jest, aby takie nawet rzemiosło, jak wyrób gwoździ, istniało jako samodzielne zajęcie w odległych, central­nych okolicach wyżyny Szkockiej. Robotnik taki, robiąc 1000 gwoździ na dzień, przez 300 dni w roku wyrobiłby 300.000 gwoździ. Lecz w takiej miejscowości niemożli­wem byłoby zbycie nawet tysiąca gwoździ, czyli pracy jednego dnia w roku.

Ponieważ droga wodna otwiera dla każdego prze­mysłu rozleglejsze rynki od tych, jakie zapewnić może sama tylko droga lądowa, przeto na wybrzeżu morskiem i wzdłuż spławnych rzek rozpoczyna się w prze­myśle wszelkiego rodzaju podział pracy i doskonalenie, a często dopiero dużo później udoskonalenia te przeni­kają do wewnętrznych części kraju. Wóz ciężarowy, zaprzężony w 8 koni, z dwoma woźnicami, przewiezie w ciągu jakich sześciu tygodni, pomiędzy Londynem i Edynburgiem, tam i z powrotem około czterech ton towarów. W takim samym mniej więcej czasie statek o załodze z sześciu lub ośmiu ludzi, żeglujący między portami Londyn i Leith, przewozi tam i z powrotem 200 ton towaru. Sześciu więc lub ośmiu ludzi może przewieźć drogą wodną między Londynem i Edyn­burgiem, tam i z powrotem, taką samą ilość towarów, co pięćdziesiąt wozów ciężarowych, prowadzonych przez 100 ludzi i zaprzężonych w 400 koni. Przeto na 200 ton towarów, przewożonych najtańszym sposo­bem drogą lądową z Londynu do Edynburga, przypada koszt utrzymania 100 ludzi w ciągu trzech tygodni, oraz, co mniej więcej równe jest utrzymaniu, zużycie 400 koni i pięćdziesięciu wozów ciężarowych. Tym­czasem, przy tej samej ilości towarów, przewożonych wodą, przypada tylko utrzymanie sześciu lub ośmiu ludzi oraz zużycie okrętu o 200 tonach pojemności, z doliczeniem wartości większego ryzyka czyli różni­cy między ubezpieczeniem przewozu lądowego i wod­nego. Gdyby więc nie było żadnej innej komunikacji między temi dwiema miejscowościami jak tylko drogą lądową, to wobec tego, że nie możnaby przewozić z jednej do drugiej żadnych towarów, z wyjątkiem tych, których cena jest bardzo znaczna w stosunku do ich wagi, mogłyby one utrzymywać tylko małą część tych stosunków handlowych, jakie obecnie między niemi istnieją, i wskutek tego mogłyby dawać tylko małą część tego poparcia, jakiego obecnie udzielają nawzajem swoim przemysłom. Tym sposobem handel między odległemi częściami świata nie istniałby wcale, lub byłby bardzo nieznaczny. Jakież towary mogłyby opłacić koszta przewozu lądowego między Londynem i Kalkutą? A gdyby nawet znalazły się niektóre tak cenne, że mogłyby opłacić te koszta, z jakąż rękojmią bezpieczeństwa możnaby je przewieźć przez kraje tylu barbarzyńskich ludów? Teraz natomiast prowadzą te dwa miasta ze sobą bardzo ożywiony handel i, stano­wiąc wzajemnie rynek dla siebie, dają dużą podnietę swoim przemysłom.

Ponieważ więc droga wodna takie daje korzyści, naturalnem jest, że się pojawiły pierwsze udoskonale­nia sztuk i rzemiosł tam, gdzie ta dogodność otwiera cały świat jako rynek dla produktów wszelkiego rodza­ju pracy, i dopiero dużo później przeniknęły do we­wnętrznych części kraju. Wewnętrzne części kraju przez długi czas mogą nie mieć żadnego innego rynku dla większości swych towarów poza okolicą, która je bezpośrednio otacza i oddziela od wybrzeża morskiego i wielkich spławnych rzek. Rozległość ich rynku musi zatem przez długi czas pozostawać w zależności od bogactwa i zaludnienia tej okolicy, a wskutek tego i roz­wój ich musi zawsze pozostawać w tyle za jej rozwojem. W naszych północno-amerykańskich kolonjach planta­cje trzymały się stale wybrzeża morskiego albo brze­gów rzek spławnych i prawie nigdzie nie rozciągały się w głąb od nich na większą odległość.

Narody, które wedle najwiarygodniejszych źródeł historji najwcześniej, zdaje się, posiadły cywilizację, były to te, które zamieszkiwały wokół wybrzeża morza Śródziemnego. To morze, największa ze znanych zatok świata, nie mając przypływu i odpływu, a więc fal innych, jak tylko te, które powoduje wiatr, ze względu na gładkość swej powierzchni, jak również mnogość swych wysp i bliskość swych wybrzeży sprzyjało nad­zwyczajnie żegludze w czasach jej dzieciństwa, kiedy to ludzie, nie znając jeszcze kompasu, obawiali się stracić z oczu wybrzeża, a z powodu niedoskonałości sztuki budowania okrętów obawiali się puszczać na burzliwe fale oceanu. Minąć Słupy Herkulesa czyli wypłynąć przez cieśninę Gibraltarską - uznawano przez długi czas w świecie starożytnym za najcudowniejsze i naj-niebezpieczniejsze przedsięwzięcie żeglugi. Nawet Fe­nicjanie i Kartaginczycy, najdoświadczeńsi w żegludze i budowie okrętów w owych dawnych czasach, nie rychło się na to odważyli i byli przez długi czas jedynemi narodami, które się na to zdobyły. Ze wszystkich krajów nad wybrzeżem morza Śród­ziemnego Egipt był zdaje się pierwszym, w którym uprawiano rolnictwo i rzemiosła i rozwinięto je do znacznego poziomu. Górny Egipt nie rozciąga się ni­gdzie dalej od Nilu, jak na kilka mil, a w Dolnym Egipcie ta wielka rzeka tworzy wiele kanałów, które przy pomocy niewielkich urządzeń wytworzyły, zdaje się, nietylko między wszystkiemi wielkiemi miastami, lecz także między wszystkiemi znaczniejszemi wsiami, a nawet wieloma sadybami taką niemal komunikację wodną, jaką Ren i Moza tworzą obecnie w Holandji. Rozległość i łatwość tej wewnętrznej żeglugi były prawdopodobnie jedną z głównych przyczyn wczesne­go rozwoju Egiptu.

Udoskonalenia w rolnictwie i w rzemiosłach zdają się w prowincjach Bengalu, w Indjach Wschodnich i w niektórych wschodnich prowincjach Chin sięgać również bardzo odległej starożytności, chociaż odle­głość tej starożytności nie jest dowiedziona żadnemi świadectwami historji, na których wiarogodności w tej części świata możnaby polegać. Ganges i kilka in­nych wielkich rzek tworzą w Bengalu wielką ilość spławnych kanałów, podobnie jak Nil w Egipcie. We wschodnich prowincjach Chin szereg wielkich rzek tworzy również przez swe liczne rozgałęzienia mnó­stwo kanałów, które przez łączenie się umożliwiają daleko rozleglejszą żeglugę wewnętrzną, niż żegluga na Nilu lub Gangesie lub może nawet na obu razem. Jest godne zaznaczenia, że ani starożytni Egipcjanie, ani Hindusi, ani też Chińczycy nie popierali handlu ze­wnętrznego, a zdaje się cały swój wielki dostatek za­wdzięczali tej wewnętrznej żegludze. Wszystkie wewnętrzne części Afryki i ta cala część Azji, która leży w znacznej odległości na północ od morza Czarnego i morza Kaspijskiego, starożytna Scytja, nowożytna Tatarja i Syberja, były zdaje się we wszystkich epokach historji świata w tym samym bar­barzyńskim i niecywilizowanym stanie, w jakim je obecnie widzimy. Morzem Tatarji jest ocean Lodowaty, niedostępny dla żeglugi, i chociaż kilka największych rzek świata przepływa przez ten kraj, są one jednak zbyt odległe od siebie, by mogły służyć handlowi i ko­munikacji znaczniejszej części tego kraju. W Afryce brak jest do wprowadzenia handlu morskiego do we­wnętrznych części tego wielkiego kontynentu tak wiel­kich mórz śródlądowych jak Bałtyckie i Adrjatyckie w Eu­ropie, Śródziemne i Czarne w Europie i Azji, lub zatoka Arabska, Perska, Indyjska, Bengalska i Sjamska w Azji, a wielkie rzeki Afryki zbyt są odległe od siebie, by sprzyjać znaczniejszej żegludze wewnętrznej. Przytem handel, prowadzony przez jakiś naród na rzece, która nie dzieli się na liczne rozgałęzienia i kanały, i która, zanim dochodzi do morza, przepływa przez obce terytorjum, nie może nigdy być znaczny; narody bowiem, w których posiadaniu jest to terytorjum, mają zawsze możność przeszkodzić komunikacji między obszarem górnym rzeki i morzem. Bawarja, Austrja i Węgry małe mają korzyści z żeglugi po Dunaju w porównaniu z temi jakieby mieć mogły gdyby któreś z tych państw było w posiadaniu całego biegu tej rzeki aż do jej ujścia do morza Czarnego.

ROZDZIAŁ 4. O POCHODZENIU I ZASTOSOWANIU PIENIĄDZA.

Gdy podział pracy jest już całkowicie urzeczywist­niony, człowiek może tylko bardzo małą część swych potrzeb zaspakajać przez wytwory własnej pracy. Dale­ko większą ich część zaspakaja przez wymianę nad­wyżki wytworu własnej pracy, przekraczającej jego za­potrzebowanie, na takie części wytworu pracy innych ludzi, jakich sam potrzebuje. W ten sposób każdy czło­wiek żyje z wymiany czyli staje się w pewnej mierze kupcem, a samo społeczeństwo staje się właściwie spo­łeczeństwem handlowem.

Wtedy jednak, gdy podział pracy dopiero powsta­wał, ta wymiana musiała być często utrudniona i tamo­wana w swych przejawach. Przypuśćmy, że jeden czło­wiek posiada pewnego dobra więcej, niż sam potrzebuje, gdy drugi ma go mniej. Pierwszy wobec tego rad by zbyć cześć tego nadmiaru, a drugi chetnie by go nabył. Gdy jednak ten ostatni nie posiada niczego, coby po­trzebne było pierwszemu, żadna wymiana nie może miedzy nimi dojść do skutku. Rzeźnik posiada w swym sklepie więcej mięsa, niż sam może spożyć, a piwowar i piekarz chętnie nabyliby pewną cześć tego mięsa. Lecz nie mają nic do zaofiarowania na wymianę, prócz roz­maitych wyrobów swych rzemiosł, a rzeżnik jest już zaopatrzony we wszelkie pieczywo i piwo, jakich mu na razie potrzeba. W tym wypadku żadna wymiana nie może między nimi dojść do skutku. On nie może być ich dostawcą, ani oni jego klientami; i tak wszyscy trzej są sobie wzajemnie mało użyteczni. Aby uniknąć nie­dogodności takiego położenia, każdy rozumny czło­wiek wszelkich epok od czasu wprowadzenia podziału pracy musiał oczywiście dążyć do takiego pokierowa­nia swoich interesów, aby każdego czasu oprócz swo­istego wytworu swej własnej pracy posiadać jeszcze pewną ilość takiego towaru, o którym mógł sądzić, że prawdopodobnie mało kto odmówi przyjęcia go w zamian za produkt swej pracy.

Uznawano kolejno za takie i używano do tego celu prawdopodobnie wiele różnych dóbr. W pierwotnem społeczeństwie było podobno bydło powszechnym środkiem wymiany; i choć musiał to być środek nader niewygodny, jednak widzimy, że w dawnych czasach rzeczy często były oceniane według ilości sztuk bydła, jakie dawano w zamian za nie. Zbroja Diomedesa, mówi Homer, kosztuje tylko dziewięć wołów, Glaucusa zaś wołów sto. Sól jest pono powszechnym środkiem handlu i wymiany w Abisynji; pewien gatunek muszli w niektórych okolicach wybrzeża Indyj; suszony sztok­fisz w Nowej Finlandji; tytoń w Wirginji; cukier w nie­których naszych zachodnio-indyjskich kolonjach; skóry surowe lub wyprawione w pewnych innych krajach; a w Szkocji istnieje jeszcze obecnie wieś, gdzie, jak mi mówiono, nie jest rzeczą niezwykłą, że robotnik przyno­si do piekarni czy szynku gwoździe zamiast pieniędzy. W końcu jednak we wszystkich krajach ludzie byli, zdaje się, zniewoleni przez trudne do przezwyciężenia względy, dać dla tego celu pierwszeństwo metalom, przed wszelkiemi innemi towarami. Metale można nie tylko przechowywać z równie małą stratą jak każdy inny towar, rzadko który bowiem mniej się psuje niż one, lecz można także dzielić na dowolną ilość części, a te części łatwo znów przez topienie połączyć; jest to własność, jakiej nie posiada żaden inny równie trwały towar, a która więcej niż jakakolwiek inna czyni je właściwemi środkami handlu i obiegu. Człowiek, który np. chciał kupić soli, a nie miał nic innego na zamianę, jak bydło, bywał zmuszony kupować naraz soli o war­tości całego wołu lub całej owcy. Rzadko był on w sta­nie kupić mniej, gdyż to, co dawał na zamianę, rzadko mogło być dzielone bez straty; gdy zaś chciał nabyć więcej, dla tych samych względów zmuszony bywał kupować podwójną lub potrójną ilość, odpowiednio do wartości dwóch lub trzech wołów albo dwóch lub trzech owiec. Kiedy zaś przeciwnie, zamiast owiec lub wołów, miał do oddania na zamianę kruszce, to z łat­wością mógł ściśle przystosować ilość kruszcu do ilości towaru, której narazie potrzebował. Różne narody używały do tego celu różnych krusz­ców. Żelazo było powszechnym środkiem handlu u sta­rożytnych Spartan; miedź u starożytnych Rzymian; a złoto i srebro u wszystkich bogatych i handlowych na­rodów.

Pierwotnie używano zdaje się do tego celu metali w sztabach, bez żadnego ich oznaczania lub wybijania na monety. I tak Plinjusz, powołując się na historyka starotności Timaeusa, powiada, że aż do czasu Serwjusza Tuljusza Rzymianie nie bili monet, lecz używali nieznaczonych sztab miedzi do kupowania wszystkie­go, czego im było potrzeba. Te sztaby surowca spełniały więc w owym czasie funkcję pieniędzy.

Używanie metali w tym surowym stanie połączone było z dwiema poważnemi niedogodnościami; po pierwsze, z kłopotem ważenia, po drugie, z kłopotem robienia próby. Przy szlachetnych metalach, gdzie mała różnica w ilości stanowi wielką różnicę wartości, już samo ważenie z należną ścisłością wymaga co najmniej nader dokładnych wag i odważników. Zwłaszcza wa­żenie złota jest czynnością bardzo trudną. Ważenie pospolitszych metali, przy którem drobna omyłka mia­łaby niewielkie znaczenie, wymagałoby, co prawda, mniejszej dokładności. Byłoby jednakże nadzwyczaj kłopotliwe, gdyby biedny człowiek za każdym razem, chcąc kupić lub sprzedać coś za grosz, musiał odważać ten grosz. Dokonywanie próby jest jeszcze trudniejsze, jeszcze nudniejsze, a wszelkie wnioski są nadzwyczaj niepewne, jak długo część metalu nie jest należycie stopioną w tyglu z właściwemi odczynnikami. Jed­nakże, przed wprowadzeniem bitej monety ludzie, o ile nie przeprowadzali tej nudnej i trudnej czynno­ści zawsze byli narażeni na największe oszukaństwa i podejścia i, zamiast funta czystego srebra lub czystej miedzi/ mogli otrzymać w zamian za swe dobra sfał­szowaną mieszaninę z najpośledniejszych i najtań­szych materjałów, która swym zewnętrznym wyglą­dem naśladowała tamte metale. Aby zapobiec takim nadużyciom, ułatwić wymianę i dać przez to popar­cie wszelkiego rodzaju rzemiosłom i handlowi, we wszystkich krajach, które poczyniły znaczne postępy na drodze rozwoju, uznano za konieczne, zaopatrzyć w stempel publiczny pewne ilości tych metali, jakich zwykle używano w tych krajach przy zakupie dóbr. Takie jest pochodzenie bitej monety i instytucji dobra publicznego, zwanej mennicą, instytucji ściśle tej sa­mej natury, co urzędy probiercze i stemplowe dla tkanin wełnianych i płóciennych. Wszystkie one mają na równi na celu zabezpieczenie za pomocą publicz­nego stempla ilości oraz jednolitej dobroci różnych towarów, pojawiających się na rynku.

Pierwsze tego rodzaju publiczne stemple, wybijane na metalach będących w obiegu, miały zdaje się prze­ważnie na celu gwarancję tego, co było najtrudniejsze do zabezpieczenia i zarazem najważniejsze, mianowi­cie dobroci i czystości metalu, i były podobne do znaku sterlinga, wybijanego obecnie na naczyniach i sztabach srebrnych, lub do znaku hiszpańskiego, wybijanego niekiedy na sztabkach złota, i które, umieszczane tylko na jednej stronie metalu i nie pokrywając całej jego powierzchni, zabezpieczają wprawdzie czystość, ale nie wagę metalu. Abraham odważa Ephronowi 400 syklów srebra, które zgodził się mu wypłacić za pole Machpelah. Chociaż mowa jest o monecie mającej obieg w handlu, pobierano ją jednak według wagi, a nie według liczby, podobnie jak to i obecnie się dzieje z sztabkami złota i srebra. Dochody starożytnych królów sak­sońskich Anglji wypłacane były podobno nie w pienią­dzach, lecz w naturze, t. j. w żywności i zapasach wszel­kiego rodzaju. Wilhelm Zdobywca wprowadził zwy­czaj płacenia ich pieniędzmi. Pieniądze te pobierano jednak przez długi czas w skarbie według wagi, a nie według liczby.

Ta niedogodność i trudność dokładnego ważenia tych metali były bodźcem do sporządzania monet, na których stempel, pokrywając całkowicie obie strony sztuki, a niekiedy i otok, dawał rękojmię nie tylko czy­stości lecz i wagi metalu. Takie przeto monety przyjmo­wano aż po nasze czasy według liczby, nie mając kłopo­tu ważenia.

Pierwotnie, nazwy owych monet wyrażały wagę lub ilość zawartego w nich metalu. Za czasów Serwjusza Tuljusza, który zaczął pierwszy bić pieniądze w Rzy­mie, rzymski As czyli Pondo zawierał rzymski funt dobrej miedzi. Dzielił się on, podobnie jak nasz funt troyeski, na dwanaście Uncyj, z których każda zawiera­ła pełną uncję dobrej miedzi. Angielski Funt sterling za czasów Edwarda I zawierał funt srebra wagi towerskiej, o ustalonej czystości. Funt towerski był zdaje się nieco większy, niż funt rzymski, a nieco mniejszy, niż funt troyeski. Ten ostatni wprowadzono w mennicy angielskiej dopiero w 18-tym roku panowania Henryka VIII. Liwr francuski zawierał w czasach Karola Wielkiego funt srebra wagi troyeskiej, o ustalonej czystości. Jarmark w Troyes, w Szampanji, odwiedzały w owym czasie wszystkie narody Europy, a wagi i miary tak słynnego rynku były powszechnie znane i uznawane. Szkocki Funt - moneta zawierał od czasów Aleksandra I aż po czasy Roberta Bruce'a funt srebra tej samej wagi i czystości, co angielski Funt sterling. Angielskie, francuskie i szkockie Pensy zawierały pierwotnie również pełną wagę pensową srebra, dwudziestą cześć uncji i dwustoczterdziestą część funta. I Szyling był zdaje się pierwotnie również nazwą wagi. Jeżeli kwartet pszenicy kosztuje dwanaście Szylingów, powiada starożytny statut Henryka, to bułka groszowa powinna ważyć jedenaście szylingów i cztery pensy. Jednakże stosunek między Szylingiem i Pensem z jednej strony, a Szylingiem i Funtem z drugiej nie był, zdaje się, tak stałym i równym, jak między Pensem i Funtem. Za pierwszej dynastji królów we Francji, francuski Sou czyli Szyling zawierał, zdaje się, zależnie od okoliczności 5, 12 i 40 Pensów. U starożytnych Saksonów Szyling zawierał w pewnym okresie tylko 5 Pen­sów i był u nich prawdopodobnie równie zmiennym, jak u ich sąsiadów, starożytnych Franków. Stosunek pomiędzy Funtem, Szylingiem i Pensem we Francji od czasów Karola Wielkiego i w Anglji od czasów Wilhel­ma Zdobywcy był, zdaje się, stale ten sam co obecnie, choć wartość każdego była bardzo różna. Sądzę bo­wiem, że we wszystkich krajach świata skąpstwo i nie­sprawiedliwość książąt i władców suwerennych, nad­używających zaufania swych poddanych, zmniejszyły stopniowo rzeczywistą ilość metalu, zawartego po­czątkowo w monetach. Rzymski As w ostatnich cza­sach republiki był zredukowany do 24-tej części swej pierwotnej wartości i zamiast ważyć funt, ważył tyl­ko pół uncji. Angielski Funt i Pens zawierają obecnie mniej więcej tylko trzecią część, Szkocki Funt i Pens mniej więcej 36-tą część, a francuski Funt i Pens około 66-tej części swej pierwotnej wartości, Przy pomocy takich zabiegów książęta i państwa suwerenne osią­gały możność pozornego spłacania swych długów i zo­bowiązań mniejszą ilością srebra, niż byłaby w innym razie potrzebna. W istocie rzeczy był to tylko pozór; ich wierzyciele byli bowiem w rzeczywistości pozba­wieni części tego, co im się należało. Wszystkim in­nym dłużnikom w państwie przysługiwał ten sam przywilej, i mogli wszystko, co pożyczyli w starej monecie, spłacać tą samą nominalną sumą nowych i uszczuplonych monet. Takie zabiegi okazały się więc zawsze korzystne dla dłużnika a zgubne dla wierzy­ciela, i sprawiały nieraz w fortunach jednostek pry­watnych większy i powszechniejszy przewrót, niżby go sprawić mogła bardzo wielka klęska publiczna.

W taki to sposób pieniądz stał się u wszystkich cywi­lizowanych narodów powszechnym środkiem handlu, za pośrednictwem którego kupuje się i sprzedaje lub wymienia jedne za drugie dobra wszelkiego rodzaju.

Chcę obecnie rozważyć, jakiemi zasadami kierują się ludzie przy wymianie dóbr za pieniądze lub za in­ne dobra. Te zasady określają to, co można nazwać względną lub zamienną wartością dóbr.

Wyraz wartość, należy to zaznaczyć, posiada dwa różne znaczenia: niekiedy wyraża użyteczność pewne­go przedmiotu, niekiedy zaś możność nabycia innych dóbr, jaką daje posiadanie tego przedmiotu. Jedną mo­żemy nazwać „wartością użytkową", drugą - „warto­ścią zamienną". Przedmioty, posiadające najwyższą wartość użytkową, mają częstokroć nader nieznaczną wartość zamienną, lub też wcale jej nie posiadają; i odwrotnie, przedmioty, posiadające najwyższą war­tość zamienną, mają częstokroć nader małą wartość użytkową, lub też wcale jej nie posiadają. Niema chyba nic użyteczniejszego nad wodę, a jednak niczego za nią nabyć nie można: żadnej rzeczy nie można otrzymać w zamian za nią. Brylant, przeciwnie, nie posiada żad­nej wartości użytkowej, a jednak można częstokroć otrzymać zań przy wymianie nader znaczną ilość in­nych dóbr.

W celu zbadania zasad, rządzących wartością za­mienną dóbr, postaram się wykazać:

po pierwsze, co jest rzeczywistym miernikiem tej wartości zamiennej, czyli co stanowi rzeczywistą cenę wszystkich dóbr;

po drugie, z jakich poszczególnych części składa się czyli tworzy owa cena rzeczywista;

po trzecie wreszcie, wskutek jakich okoliczności pewne lub wszystkie części składowe ceny podnoszą się powyżej lub spadają poniżej swego poziomu natu­ralnego czyli zwykłego, albo też, jakie przyczyny stają niekiedy na przeszkodzie temu, by cena rynkowa, t. zn. faktyczna cena dóbr, zgodna była ściśle z tern, co można nazwać ich ceną naturalną.

Te trzy punkty postaram się wyświetlić możliwie dokładnie i jasno w trzech rozdziałach następnych, co do których upraszam czytelnika o cierpliwość i uwagę: o cierpliwość, by chciał wnikać w szczegóły, które tu i ówdzie wydać się mogą zbytnio nużące; o uwagę, by zechciał uchwycić to, co mimo wszelkich z mej strony wysiłków, aby być zrozumiałym, może pozostać do pewnego stopnia niejasne. Gotów jestem zawsze nara­zić się na zarzut rozwlekłości, byle tylko mieć pewność, że wyrażam się jasno; a przecież, przy całem możliwem staraniu o jasność, nie jestem pewny, czy nie pozostanie jakaś niezrozumiałość w przedmiocie, który już z natu­ry swej jest niezmiernie oderwany.

ROZDZIAŁ 5. O RZECZYWISTEJ I NOMINALNEJ CENIE DÓBR, CZYLI O ICH CENIE W PRACY I CENIE W PIENIĄDZACH.

Człowiek bywa bogaty lub ubogi zależnie od te­go, w jakim stopniu stać go na przedmioty potrzeb­ne, udogodnienia i przyjemności życia ludzkiego. Odkąd jednak upowszechnił się podział pracy, osobi­sta praca człowieka może mu dostarczyć zaledwie drobnej ich cząstki. Znacznie większą część ich czer­pie człowiek z pracy innych ludzi, to też bywa on bogaty lub ubogi zależnie od ilości pracy, którą może rozporządzać, lub którą zdolny jest nabyć. Dla osoby więc, posiadającej jakieś dobro, a nie zamierzającej zużyć go lub spożyć, lecz wymienić za inne dobra, wartość tego dobra równa jest tej ilości pracy, jaką pozwala mu ono nabyć lub jaką pozwala mu rozporządzać. Praca przeto stanowi rzeczywisty miernik wartości zamiennej wszelkich dóbr.

Rzeczywistą cenę każdego przedmiotu, to, co istot­nie kosztuje osobę pragnącą go otrzymać, stanowi wy­siłek i trud, potrzebny do jego zdobycia. Dla człowieka, który przedmiot nabył i który chce go zbyć lub wymie­nić na coś innego, rzeczywistą wartością tego przed­miotu jest wysiłek i trud, których mu on zaoszczędza, pozwalając zrzucić je na innych ludzi. To, co nabywa się za pieniądze lub za inne dobra, jest tak samo rezultatem pracy, jak to, co osiąga się wysiłkiem własnego ciała. Owe pieniądze lub dobra zaoszczędzają nam faktycz­nie tego wysiłku. Zawierają one wartość określonej ilo­ści pracy, którą wymieniamy za coś, o czem w danym razie sądzimy, że zawiera wartość równej ilości pracy. Praca była pierwszą ceną, pierwotnym pieniądzem na­bywcy, uiszczanym za wszelkie przedmioty. Nie za złoto i srebro, lecz za pracę zostały pierwotnie nabyte wszelkie bogactwa świata, wartość zaś ich dla tego, kto je posiada i chce wymienić za nowe jakieś wyroby, równa się ściśle ilości pracy, jaką bogactwa te pozwalają mu nabyć lub jaką rozporządzać. Bogactwo, mówi Hobbes, to władza. Lecz osoba, która zdobyła lub odziedziczyła wielki majątek, nieko­niecznie zdobywa lub dziedziczy przez to jakąś władzę polityczną, cywilną lub wojskową. Majątek dostarczy jej może środków do zdobycia jednej i drugiej, samo jednak posiadanie tego majątku niekoniecznie ją nada­je. Władza, jaką to posiadanie natychmiast i bezpośred­nio nadaje - to prawo nabywania, pewnego rodzaju władza nad wszelką pracą lub wszelkim wytworem pracy, znajdującym się właśnie na rynku. Majątek danej osoby bywa większy lub mniejszy ściśle w stosunku do rozmiarów tej władzy, czyli w stosunku do tej ilości czy. to pracy innych osób czy, co na jedno wychodzi, wy­tworu pracy innych osób, jaką dzięki owemu majątko­wi można nabyć lub jaką można rozporządzać. Wartość zamienna każdej rzeczy musi zawsze być ściśle równa rozmiarom tej władzy, jaką dana rzecz zapewnia wła­ścicielowi.

Chociaż jednak praca stanowi rzeczywisty miernik wartości zamiennej wszelkich dóbr, wszelako nie we­dług niej szacujemy zazwyczaj ich wartość. Częstokroć trudno ustalić stosunek między dwiema różnemi ilo­ściami pracy. Sam czas, spędzony przy dwóch różnych rodzajach pracy, nie zawsze wystarcza do określenia tego stosunku. Trzeba również uwzględnić różny sto­pień ponoszonego przy tern trudu i zastosowanych uzdolnień. Jedna godzina ciężkiej jakiejś roboty zawie­rać może więcej pracy, niż dwie godziny lekkiego za­trudnienia; albo znów godzina spędzona przy robocie, której wyuczenie się wymaga dziesięciu lat, więcej za­wiera pracy, niż miesiąc wysiłku w zwyczajnem, pospolitem jakiemś zajęciu. Trudno jednakże znaleźć ści­sły miernik tak dla trudu, jak dla uzdolnień. Wymie­niając wzajemnie wytwory różnych rodzajów pracy, uwzględnia się przecie do pewnego stopnia jedno i dru­gie. Normuje się to wszakże nie zapomocą ścisłej jakiejś miary, lecz drogą przetargów rynkowych, zgodnie zresz­tą z owem prymitywnem wyrównywaniem różnic, któ­re, aczkolwiek nieścisłe, wystarcza przecież w sprawach powszedniego życia.

Pozatem wszelkie dobro częściej wymieniamy, więc i porównywujemy z innemi dobrami, niż z pracą. Prościej jest przeto oceniać wartość zamienną każdego do­bra nie według ilości pracy, którą nabyć za nie można lecz według ilości jakiegoś innego dobra. Większość ludzi pojmuje również lepiej, co oznacza pewna ilość jakiegoś dobra, niż co oznacza pewna ilość pracy. Jedno jest zwykłym, dotykalnym przedmiotem, drugie jest pojęciem oderwanem, które, choć zrozumiałe, nie bę­dzie wszakże nigdy tak proste i oczywiste. Odkąd jednak ustała bezpośrednia wymiana towa­rów, a pieniądz stał się powszechnym środkiem han­dlu, częściej wymieniamy dobro na pieniądze, niż na inne dobro. Rzeźnik rzadko zanosi swoją wołowinę lub skopowinę do piekarza czy piwowara, by wymienić je na chleb lub piwo; niesie je na targ, by wymienić je na pieniądze, poczem pieniądze te wymienia na chleb i pi­wo. Dość otrzymanych za to pieniędzy określa też ilość chleba i piwa, które może potem nabyć. Naturalniejsze jest przeto i prostsze dla rzeźnika, oceniać wartość mię­sa według ilości pieniędzy, czyli tego towaru, na który je bezpośrednio wymienia, niż według ilości chleba i piwa - dóbr, na które może je wymienić jedynie za pośrednictwem drugiego dobra; i wygodniej mu po­wiedzieć, że funt mięsa ma wartość trzech czy czterech pensów, niż trzech czy czterech funtów chleba, albo trzech czy czterech kwart piwa owsianego. Stąd pocho­dzi, iż wartość zamienną każdego dobra oceniamy ra­czej według ilości pieniędzy, niż według ilości czy to pracy, czy jakiegoś innego dobra, otrzymywanego w zamian za nie.

Złoto i srebro atoli, jak wszystkie inne dobra, podle­gają zmianom wartości, bywają raz tańsze, raz droższe, raz łatwiej, drugi raz trudniej je nabyć. Ilość pracy, jaką można nabyć lub jaką można rozporządzać w zamian za pewną ilość złota czy srebra, albo też ilość innych dóbr, na jakie można ją wymienić, zależy zawsze od wydaj­ności lub ubóstwa kopalń, znanych w tym czasie, gdy owe wymiany są dokonywane.

Odkrycie bogatych kopalń w Ameryce, w XVI stule­ciu, obniżyło wartość złota i srebra w Europie do jakiej trzeciej części ich poprzedniej wartości. Ponieważ do­starczenie tych kruszców z kopalni na rynek kosztowa­ło mniej pracy niż dotąd, przeto, gdy się pojawiły, można było za nie nabyć lub otrzymać w rozporządze­nie również tylko mniejszą ilość pracy; a ten przewrót w ich wartości, choć może największy, nie był jednak jedynym, o jakim wspominają dzieje. Ale podobnie jak miary w rodzaju naturalnej stopy, ramienia lub garści, które same są zmienne, nie mogą nigdy stanowić do­kładnej miary dla wielkości innych rzeczy, tak i dobro, które wciąż podlega zmianom co do własnej wartości, nie może stanowić dokładnej miary dla wartości innych dóbr. O równych ilościach pracy można powiedzieć, że zawsze i wszędzie stanowią dla robotnika równe war­tości. Przy zwykłym stanie swego zdrowia, sił i usposo­bienia, przy zwykłym stopniu swej sprawności i zręcz­ności, robotnik musi zawsze poświęcić tę samą ilość swych wygód, swej swobody i swej szczęśliwości. Cena, którą płaci, pozostać musi tą samą, bez względu na ilość dóbr, jaką w zamian otrzymuje. Tych może, co prawda, nabywać raz więcej, raz mniej; ale wówczas zmienną jest wartość tych dóbr, nie zaś pracy, za którą je nabywa. Zawsze i wszędzie drogie jest to, co trudno jest uzyskać czyli, czego zdobycie wymaga wiele pracy, tanie zaś jest to, co można mieć łatwo czyli przy nie­znacznej pracy. Tak więc jedynie praca, jako nigdy nie wahająca się w swej wartości, stanowi wyłącznie osta­teczny i rzeczywisty miernik, według którego oceniać i porównywać można wartość wszelkich dóbr w każ­dym czasie i na każdem miejscu. Ona jest ich ceną rzeczywistą; pieniądze stanowią jedynie ich cenę nomi­nalną.

Chociaż dla robotnika równe ilości pracy mają za­wsze jednakową wartość, to przecież dla osoby zatrud­niającej go zdają się mieć raz większą, raz mniejszą wartość. Nabywa on je to za większą, to za mniejszą ilość dóbr, wydaje mu się więc, że cena pracy waha się tak samo, jak cena wszelkich innych rzeczy. Raz wydaje mu się drogą, kiedy indziej tanią. W rzeczywistości jednak nie praca, ale te dobra są w jednym wypadku tanie, w drugim drogie.

W tern przeto pospolitem znaczeniu można twier­dzić, że praca na równi z innemi towarami posiada cenę rzeczywistą i nominalną. Można powiedzieć, że jej cena rzeczywista polega na ilości przedmiotów potrzebnych i udogodnień życiowych, dawanych w zamian za nią, cena zaś nominalna - na ilości pieniędzy. Robotnik jest bogaty lub ubogi, dobrze lub źle wynagradzany, sto­sownie do rzeczywistej, nie zaś do nominalnej ceny swojej pracy.

Rozróżnianie rzeczywistej i nominalnej ceny dóbr i pracy stanowi nie tylko przedmiot spekulacji myślowej, lecz może niekiedy mieć wielkie znaczenie w życiu praktycznem. Jednakowa cena rzeczywista przedsta­wia zawsze jednakową wartość; natomiast z powodu zmian zachodzących w wartości złota i srebra, ta sama cena nominalna przedstawia niekiedy bardzo różne wartości. To też przy sprzedaży majątku ziemskiego z zastrzeżeniem renty wieczystej, rodzina, na której korzyść zastrzeżenie to uczyniono, jeżeli ma otrzymy­wać rentę zawsze tej samej wartości, powinna postarać się, by renty tej nie stanowiła pewna określona suma pieniędzy. Wartość jej podlegałaby w tym wypadku podwójnym zmianom: raz przez to, że jedna i ta sama moneta w różnych czasach zawierać może różne ilości złota i srebra, a po drugie stąd, że jednakowe ilości złota i srebra w różnych czasach stanowią różne wartości. Książęta i władcy suwerenni niejednokrotnie sądzi­li, jakoby ich chwilowy interes wymagał uszczuplenia ilości czystego kruszcu, zawartego w monetach; bardzo zaś rzadko przypuszczali, że wymaga on jej zwiększe­nia. To też ilość kruszcu, zawartego w monetach, obni­żała się, jak sądzę, niemal ustawicznie u wszystkich narodów cywilizowanych, a nigdy prawie się nie pod­niosła. Prawie zawsze więc zmiany takie sprowadzały obniżenie wartości renty pieniężną.

[....]

Tak więc jest rzeczą oczywistą, że praca stanowi zarówno jedyny powszechny jak i jedyny dokładny miernik wartości czyli jedyny sprawdzian, przy pomo­cy którego możemy porównywać ze sobą wartości róż­nych dóbr w różnym czasie i w rożnem miejscu. Uznali­śmy, że nie możemy oceniać rzeczywistej wartości róż­nych dóbr, od jednego stulecia do drugiego, według ilości srebra, jakie się za nie płaci. Nie możemy jej oceniać z roku na rok według ilości zboża. Ale przy pomocy ilości pracy możemy jak najdokładniej oceniać ją zarówno ze stulecia na stulecie, jak i z roku na rok. Ze stulecia na stulecie zboże stanowi lepszy miernik niż srebro gdyż poprzez stulecia jednakowe ilości zboża bardziej są zdolne rozporządzać temi samemi ilościami pracy, niźli równe ilości srebra. Przeciwnie, z roku na rok srebro jest lepszym miernikiem niż zboże, gdyż jednakowe jego ilości bardziej są zdolne rozporządzać tą samą ilością pracy.

[...]

ROZDZIAŁ 6. O CZĘŚCIACH SKŁADOWYCH CENY DÓBR.

W owym wczesnym, prymitywnym stanie społe­czeństwa, poprzedzającym zarówno gromadzenie ka­pitału, jak i zawłaszczenie ziemi, stosunek między ilo­ściami pracy, niezbędnemi do zdobycia różnych przed­miotów, stanowi bodaj jedyną okoliczność, mogącą słu­żyć za normę przy ich wzajemnej wymianie. Jeżeli np. u jakiegoś ludu myśliwskiego zabicie bobra kosztuje dwa razy tyle pracy co zabicie jelenia, to oczywiście jeden bóbr wymieniany będzie za dwa jelenie, czyli wart będzie dwa jelenie. Oczywistą jest rzeczą, że to, co zazwyczaj jest wytworem pracy dwu dni lub dwu go­dzin, warte jest dwa razy więcej od tego, co bywa normalnie wytworem pracy jednego dnia lub jednej godziny.

O ile jeden rodzaj pracy jest cięższy od drugiego, przyznaje się oczywiście pewne odszkodowanie za większy trud; wymienia się niekiedy wytwór jednogo­dzinnej pracy jednego rodzaju za dwugodzinny wy­twór pracy drugiego rodzaju.

O ile znów pewien rodzaj pracy wymaga nieprze­ciętnego stopnia zręczności lub inteligencji, szacunek przyznawany tym uzdolnieniom powoduje, że ich wy­tworom nadaje się oczywiście wyższą wartość, niżby z poświęconego czasu wypadało. Uzdolnienia takie zdobywa się najczęściej przez długą wprawę, to też wyższa wartość ich wytworów częstokroć nie jest niczem innem, jeno słusznem odszkodowaniem za czas i pracę, które zużyto na ich zdobycie. Na wyższych szczeblach rozwoju społeczeństwa odszkodowania ta­kie za większy trud i większą umiejętność mieszczą się zazwyczaj w płacach roboczych; coś podobnego musia­ło prawdopodobnie także istnieć w najwcześniejszych i najprymitywniejszych epokach.

Przy tym stanie rzeczy całkowity wytwór pracy na­leży do robotnika, a ilość pracy, zużywanej pospolicie na uzyskanie czy wyprodukowanie pewnego dobra, stanowi jedyną okoliczność, wskazującą ilość pracy, jaką za owe dobro zazwyczaj można nabyć, otrzymać do rozporządzenia lub otrzymać na zamianę.

Po nagromadzeniu się kapitałów w rękach oddziel­nych jednostek niektóre z nich oczywiście zastosują je przez zatrudnienie ludzi pracowitych, którym dostar­czają materjałów i środków żywności, aby ciągnąć zy­ski ze sprzedaży ich wytworów, czyli z tego, co ich praca dorzuca do wartości materjałów. Przy wymianie gotowych wyrobów przemysłu czy to na pieniądze, czy na pracę, czy wreszcie na inne dobra, trzeba dać ponad to, co wystarcza na opłacenie ceny materjałów i płacy robotnika, jeszcze coś na zysk dla przedsię­biorcy robót, który zaryzykował w tern przedsięwzię­ciu swoje kapitały. Wartość przeto, jaką robotnik do­rzuca do materjałów, rozpada się w tym wypadku na dwie części, z których jedna pokrywa jego płacę, druga zaś zyski pracodawcy od całej sumy wyłożonej przezeń na materjały i płace. Nie miałby on żadnego interesu w zatrudnianiu robotników, gdyby nie spo­dziewał się, iż ze sprzedaży ich roboty osiągnie coś ponad zwrot swojego kapitału; nie miałby on też żadnego interesu w tern, by zastosować raczej wieksze niż mniejsze kapitały, gdyby zyski jego nie wzra­stały w stosunku do rozmiarów tych kapitałów.

Mógłby ktoś sądzić, że zyski z kapitału są tylko inną nazwą dla płacy za odrębny rodzaj pracy, za pracę nadzoru i kierownictwa. Są one jednak czemś zupełnie innem, rządzą się zupełnie odrębnemi prawami i nie pozostają w żadnym stosunku do ilości, uciążliwości i pomysłowości owej rzekomej pracy nadzorczej i kie­rowniczej. Zyski te zależą zawsze od wartości wyłożo­nego kapitału i są większe lub mniejsze stosownie do jego rozmiarów. Przypuśćmy na przykład, iż w pewnej określonej miejscowości, w której normalny zysk rocz­ny od kapitałów przemysłowych wynosi dziesięć od sta, istnieją dwie rozmaite rękodzielnie, i że każda za­trudnia po dwudziestu robotników z płacą roczną po piętnaście funtów sterlingów, czyli kosztem trzystu funtów rocznie w każdej. Przypuśćmy dalej, że zwy­czajne materjały, przerabiane w jednej z nich, kosztują rocznie zaledwie siedemset funtów, podczas gdy przedniejsze materjały w drugiej rękodzielru kosztują siedem tysięcy. W tym wypadku kapitał stosowany w ciągu roku w pierwszej rękodzielni wynosi tylko tysiąc fun­tów, w drugiej zaś wynosić będzie siedem tysięcy trzy­sta funtów. Licząc przeto po dziesięć od sta, pierwszy przedsiębiorca przewiduje roczny zysk swój w wyso­kości mniej więcej stu funtów, drugi zaś siedmiuset trzydziestu funtów. Ale mimo że zyski ich tak są różne, praca nadzorcza i kierownicza może być w obu wypad­kach zupełnie lub w przybliżeniu jednakową. W wielu wielkich fabrykach cała praca tego rodzaju powierzana bywa jednemu zwierzchniemu urzędnikowi. Płaca jego przedstawia właściwie wartość owej pracy nadzorczej i kierowniczej. Wprawdzie przy określaniu tej płacy uwzg­lędnia się zazwyczaj nie tylko pracę i umiejętność danej osoby, lecz również pokładane w niej zaufanie, nigdy jednak płaca ta nie pozostaje w określonym stosunku do kapitału, którym on zarządza; natomiast właściciel kapitału, choć zwolniony jest niemal zupełnie od wszel­kiej pracy, spodziewa się przecież, iż zyski jego stać będą w określonym stosunku do jego kapitału. Tak więc w cenie dóbr zysk z kapitału stanowi część składową, zupełnie różną od płacy roboczej i zależną od zupełnie odmiennych praw.

W tym stanie rzeczy nie zawsze cały wytwór pracy należy do robotnika. W większości wypadków musi się on nim dzielić z zatrudniającym go właścicielem kapi­tału. Nadto ilość pracy, potrzebna pospolicie na zdoby­cie lub wytworzenie pewnego dobra, nie jest jedyną okolicznością, decydującą o tej ilości, jaką za dane do­bro można otrzymać, jaką ono rozporządza lub za jaką je wymieniamy. Oczywistem jest, że pewna dodatkowa ilość musi być doliczona jako zysk dla kapitału, wyło­żonego na płace robocze i na zakup materjałów.

Po przejściu całej ziemi w kraju na własność pry­watną, właściciele jej, tak jak wszyscy inni ludzie, pragną zbierać, czego nie posiali, i żądają renty nawet za przyrodzony wytwór ziemi. Dopóki ziemia była wspólną, drzewo z lasu, trawa z łąki, wszystkie przyro­dzone płody ziemi kosztowały robotnika tylko trud ich zebrania, obecnie i dla niego mają one pewną dodat­kową cenę. Musi odtąd płacić za prawo zbioru: musi oddawać właścicielowi ziemi część tego, co własną pracą zbiera lub wytwarza. Ta część czyli, co na jedno wychodzi, cena tej części stanowi rentę gruntową i sta, nowi trzecią składową część w cenie większości dóbr. Zaznaczyć należy, że rzeczywista wartość wszyst­kich części składowych ceny mierzy się ilością pracy którą każda z nich może nabyć, lub którą może rozpo­rządzać. Pracą określa się nie tylko ta część ceny, która się sama z pracą pokrywa, ale również ta część, która się pokrywa z rentą, jak i ta, która się pokrywa z zy­skiem.

W każdem społeczeństwie cena każdego dobra po­krywa się ostatecznie z jedną z tych części składowych lub z wszystkiemi trzema razem; w każdem zaś rozwiniętem społeczeństwie wszystkie trzy w mniejszym lub większym stopniu wchodzą w skład ceny ogromnej większości dóbr.

W cenie zboża, naprzykład, jedna część opłaca rentę właściciela ziemi, druga - płace robocze lub utrzymanie najemników i sprzężaju, używanego przy produkcji, trzecia zaś - zyski dzierżawcy. Te trzy części, bądź bezpośrednio bądź pośrednio składają się na całą cenę zboża. Mógłby kto sądzić, że potrzeba jeszcze części czwartej, dla odnowienia kapitału dzierżawcy czyli dla odszkodowania za zużycie się sprzężaju i innych narzę­dzi gospodarczych. Trzeba jednak pamiętać, że cena każdego narzędzia gospodarczego, takiego np. jak koń roboczy, sama składa się z takich samych trzech części: z renty za ziemię, która go wyhodowała, z pracy nad chowem i dozorem i z zysków dzierżawcy, który wyło­żył z góry i rentę za ziemię i płacę za tę pracę. Chociaż więc cena zboża pokrywa zarówno cenę jak i koszt utrzymania konia, to przecież cała ta cena, bądź bezpo­średnio, bądź ostatecznie rozpada się na też same trzy części: rentę, pracę i zysk.

Przy cenie mąki i kaszy dodać trzeba do ceny zboża zyski młynarza i płace jego pracowników; przy cenie chleba - zyski piekarza i płace jego pracowników; przy obu zaś cenach - pracę przewiezienia zboża od rolnika do młynarza i od młynarza do piekarza, jako też zyski tych, którzy z góry wykładają płacę za te prace.

Cena lnu rozpada się na też same trzy części, co cena zboża. Przy cenie płótna dodać musimy do niej zarobki tych, którzy len międlą, przędą, tkają, bielą i t. d. wraz z zyskami odnośnych pracodawców.

Im więcej pewne dobro wymaga pracy przetwór­czej, tym większa część ceny przypada na płace i zyski w porównaniu z tą, która przypada na rentę. Wraz z po­stępem pracy przetwórczej zwiększa się nie tylko mno­gość zysków, ale też każdy zysk następny jest większy od poprzedniego, gdyż kapitał, z którego płynie, musi być coraz większy. Tak np. kapitał, zatrudniający tka­czy, musi być większy od kapitału, zatrudniającego przędzalników, nie tylko bowiem zastępuje tamten ka­pitał wraz z jego zyskami, ale poza tern pokrywa jesz­cze płace tkaczy; zyski zaś zawsze muszą pozostawać w pewnym stosunku do kapitału.

Jednak i w najbardziej rozwiniętych społeczeń­stwach istnieje zawsze pewna liczba dóbr, których cena składa się tylko z dwóch części: z płac roboczych i zy­sków z kapitału, oraz jeszcze mniejsza liczba takich, których cenę stanowi sama tylko płaca robocza. W cenie ryb morskich, na przykład, jedna część pokrywa pracę rybaków, druga zyski z kapitału włożonego w rybo­łówstwo. Renta bardzo rzadko wchodzi w cenę tych ryb, choć zdarza się to niekiedy, jak wykażę poniżej. Inaczej dzieje się w rybołówstwie rzecznem, przynaj­mniej w większej części Europy. Połów łososi opłaca rentę, a renta ta, chód trudno ją nazwać gruntową, stanowi część ceny łososia obok płac roboczych i zy­sków. W pewnych okolicach Szkocji garstka biedaków zajmuje się zbieraniem na wybrzeżu morskiem różno­barwnych kamyków, znanych powszechnie pod nazwą krzemyków szkockich. Cena, jaką im za nie płaci szli­fierz, stanowi tylko płacę za ich pracę; nie wchodzą w nią ani renta ani zysk.

Wszakże cena całkowita każdego dobra składać się musi ostatecznie z tej lub innej, albo ze wszystkich trzech części powyższych, a to, co pozostaje po pokry­ciu renty gruntowej oraz ceny całej pracy, włożonej w hodowlę, przeróbkę i sprowadzenie dobra na rynek musi stanowić czyjś zysk.

Tak jak cena lub wartość wymienna każdego dobra wzięta oddzielnie, pokrywa się z tą lub tamtą, albo z wszystkiemi trzema składnikami, tak i cena wszystkich dóbr, stanowiących całkowity roczny wytwór pracy ja­kiegoś kraju, a wziętych jako całość, musi również skła­dać się z tych samych trzech części i dzielić się między różnych mieszkańców kraju bądź jako płace za ich pracę, bądź to jako zyski z ich kapitału, bądź też jako renta za ich ziemie. Wszystko, co praca jakiegoś społeczeństwa w ciągu roku zbiera lub wytwarza czyli, co na jedno wychodzi, całkowita cena tego, rozdzielane bywa pier­wotnie między poszczególnych członków tego społeczeństwa. Wynagrodzenie za pracę, zysk i renta stanowią trzy pierwotne źródła zarówno wszelkiego dochodu, jak i wszelkiej wartości zamiennej. Każdy inny dochód pły­nie ostatecznie z jednego lub drugiego z tych źródeł.

Kto dochód swój ciągnie z czegoś, co jest jego wła­snością, musi go pobierać bądź ze swej pracy, bądź ze swego kapitału, bądź też ze swej ziemi. Dochód pocho­dzący z pracy nazywa się płacą. Dochód, który ktoś ciągnie z kapitału, którym zarządza lub obraca, nazywa się zyskiem. To, co ktoś pobiera za kapitał, którego sam nie użytkuje, lecz innemu pożycza, nazywa się procen­tem. Jest to wynagrodzenie, jakie pożyczający płaci udzielającemu pożyczki za zysk, który może osiągnąć przez użycie tych pieniędzy. Część tego zysku przypa­da oczywiście pożyczającemu, który ponosi ryzyko i trud użycia kapitału; druga zaś część przypada udzielające­mu pożyczki, który daje możność osiągnięcia tego zy­sku. Procent pieniężny jest zawsze dochodem pochod­nym, który, o ile nie jest płacony z zysku osiągniętego z użytkowania pieniędzy, musi być opłacany z innego źródła dochodów, chyba że pożyczający jest marno­trawcą, który zaciąga drugi dług na opłacenie procentu za pierwszy. Dochód, pochodzący jedynie z ziemi, na­zywa się rentą i należy się posiadaczowi ziemi. Dochód dzierżawcy pochodzi po części z jego pracy, po części z jego kapitału. Dla niego ziemia jest tylko środkiem, który mu umożliwia osiągnąć płacę za swą pracę i zysk ze swego kapitału. Wszystkie podatki i wszystkie na nich oparte dochody, wszystkie uposażenia, emerytury i pobory roczne wszelkiego rodzaju pochodzą w ostat­niej linji z jednego lub drugiego z tych trzech pierwotnych źródeł dochodu i płyną pośrednio lub bezpośred­nio z płacy roboczej, z zysków od kapitału, lub z renty gruntowej. Gdy te trzy różne rodzaje dochodów należą do róż­nych osób, dają się one łatwo rozróżnić; gdy jednak należą do jednej osoby, bywają niekiedy brane jedne za drugie, przynajmniej w potocznej mowie.

Posiadacz ziemski, który na części swej posiadłości sam gospodaruje, po opłaceniu kosztów uprawy mu­siałby otrzymywać zarówno rentę właściciela jak i zysk dzierżawcy. Może on jednak cały dochód nazwać zy­skiem i miesza wtedy, przynajmniej w mowie potocz­nej, rentę i zysk. Większość naszych północno-amerykańskich i zachodnio-indyjskich plantatorów jest w ta­kiej sytuacji. Po większej części sami uprawiają swe grunty, i wskutek tego rzadko słyszymy o rencie z plantacyj, a natomiast często o zysku z nich.

Zwykli dzierżawcy rzadko kiedy zatrudniają nad­zorcę dla kierowania najważniejszemi sprawami go­spodarstwa. Naogół wykonywują też znaczną część pracy własnemi rękami jak orka, bronowanie i t. d. To więc, co im pozostaje ze zbioru po opłaceniu renty, musi im nie tylko wrócić ich kapitał, wyłożony na upra­wę, wraz ze zwyczajnym zyskiem, lecz także opłacić zarobek, należny im jako robotnikom i jako nadzorcom. Mimo to nazywają to, co im pozostaje po opłaceniu renty i zwrocie kapitału, zyskiem, chociaż jasnem jest, że część tego stanowi płaca robocza. Jeżeli dzierżawca zaoszczędza płacę, to musi ją z konieczności sam otrzy­mać. W tym więc przypadku miesza się płace z zy­skiem. Niezależny rzemieślnik, który posiada dość kapita­łu, aby zakupić materjały i utrzymać się do czasu, kiedy będzie mógł wytwór swej pracy zawieźć na rynek, po­winien osiągnąć zarówno płacę czeladnika, pracującego u majstra, jak i zysk majstra ze sprzedaży roboty czelad­nika. Mimo to cały jego dochód nazywa się powszech­nie zyskiem i miesza się także w tym wypadku płacę roboczą z zyskiem.

Ogrodnik, uprawiający własnemi rękami własny ogród, łączy w sobie trzy różne charaktery: właściciela ziemi, dzierżawcy i robotnika. Produkt jego musiałby mu przeto opłacić rentę pierwszego, zysk drugiego i płacę trzeciego. Zazwyczaj jednakże całość tę uważa się za plon jego pracy. W tym wypadku miesza się zarówno rentę jak i zysk z płacą.

Ponieważ w cywilizowanym kraju tylko niewiele jest dóbr, których wartość zamienna pochodzi jedynie z pracy, gdyż renta i zysk przy przeważnej większości dóbr do niej się znacznie przyczyniają, przeto roczny produkt jego pracy zawsze będzie dostateczny dla na­bycia lub otrzymania w rozporządzenie o wiele więk­szej ilości pracy, niż ta, której użyto na hodowlę, prze­róbkę i sprowadzenie owego produktu na rynek. Gdy­by społeczeństwo rocznie zatrudniało całą pracę, jaką rocznie może nabyć, to wobec tego, że ilość pracy z każ­dym rokiem wzrastałaby niezmiernie, wytwór każdego następnego roku miałby nieporównanie większą war­tość, niż roku poprzedniego. Ale niema kraju, w którym cały produkt roczny używany jest na utrzymanie pracu­jących. Wszędzie próżnujący spożywają znaczną jego część, a odpowiednio do stosunku, w jakim on rocznie rozdziela się na te dwa różne odłamy ludności, zwykła czyli przeciętna jego wartość bądź wzrasta, bądź male­je, bądź też pozostaje z roku na rok tą samą.

ROZDZIAŁ 7. O NATURALNEJ I RYNKOWEJ CENIE DÓBR.

W każdem społeczeństwie i w każdem miejscu istnieje dla każdego odmiennego zastosowania kapi­tału i pracy pewna zwykła czyli przeciętna stopa zarówno płacy roboczej, jak i zysku. Jak poniżej wy­każę, stopa ta pozostaje w naturalnej zależności po części od ogólnego stanu społeczeństwa, od jego bo­gactwa lub ubóstwa, od jego stanu rozwoju, zastoju lub upadku, po części zaś od odrębnego charakteru każdego z owych zastosowań.

Tak samo w każdem społeczeństwie lub okolicy istnieje zwykła czyli przeciętna stopa renty gruntowej, zależna również, jak to poniżej wykażę, po części od ogólnego stanu społeczeństwa lub okolicy, w której te grunta są położone, po części zaś od przyrodzonej lub podniesionej urodzajności gleby.

Te zwykłe czyli przeciętne stopy płacy roboczej, zysku i renty gruntowej można nazwać naturalnemi dla czasu i miejsca, w których zazwyczaj przeważają.

Gdy cena jakiegoś dobra nie jest ani wyższa, ani niższa, niż potrzeba, aby pokryć według naturalnej sto­py rentę gruntową, płacę roboczą i zysk z kapitału, użytego na wyhodowanie, przeróbkę i dostarczenie do­bra na rynek, wówczas zbywamy je po cenie, którą możemy nazwać naturalną.

Zbywamy wówczas dobro za tyle właśnie, ile ono jest warte, czyli za tyle, ile ono istotnie kosztuje osobę, dostarczającą je na rynek; jakkolwiek bowiem to, co pospolicie nazywamy ceną pierwotną dobra, nie obej­muje zysku osoby, która je odprzedaje; to przecież oso­ba ta byłaby stratną na handlu, gdyby zbywała po cenie, nie dającej jej zwykłej dla danej okolicy stopy zysków, gdyż przez inne jakieś zastosowanie swego kapitału mogłaby może owe zyski osiągnąć. Poza tern zysk ten stanowi jej dochód, właściwą podstawę jej utrzymania. Tak, jak podczas przeróbki i sprowadzania dobra na rynek osoba ta wykłada robotnikom ich za­robki czyli środki ich utrzymania, w ten sam sposób wykłada sobie samej własne środki utrzymania, odpo­wiednie zazwyczaj do zysku, jakiego słusznie spodzie­wać się może ze zbycia swych towarów. Jeżeli jej tego zysku nie dają, nie zwracają jej tego, co słusznie określić możemy jako koszty poniesione.

Aczkolwiek więc cena, przy której osiąga ten zysk, nie zawsze jest najniższą, po jakiej sprzedający niekiedy zbywać może swój towar, to jednak jest ona tą naj­niższą, po jakiej go sprzedawać będzie prawdopodob­nie przez dłuższy okres czasu; tak jest przynajmniej tam, gdzie istnieje zupełna swoboda czyli gdzie można wedle swego upodobania zmieniać zajęcie.

Cena bieżąca, za którą dobro zazwyczaj zbywają, nazywa się jego ceną rynkową. Może ona być wyższa, lub niższa, albo ściśle ta sama, co cena naturalna.

Cena rynkowa każdego dobra zależy od stosunku między jego ilością, znajdującą się w danej chwili na rynku, a zapotrzebowaniem tych, którzy gotowi są dać cenę naturalną tego dobra czyli całkowitą wartość ren­ty pracy i zysku, jaką trzeba było opłacić, aby je tam sprowadzić. Osoby te można nazwać istotnie żądającemi, popyt zaś z ich strony - popytem istotnym, ponie­waż wystarcza on na to, by spowodować sprowadzenie dobra na rynek. Różni się on od popytu bezwzględne­go. O zupełnie ubogim człowieku można ostatecznie powiedzieć, że potrzebuje powozu w sześć koni; pra­gnąłby go może mieć; ale jego popyt nie jest istotny, gdyż dla zaspokojenia takiego popytu nigdy dane do­bro nie będzie dostarczone na rynek.

Gdy sprowadzona na rynek ilość jakiegoś dobra jest mniejsza od istotnego popytu, wówczas z tych, którzy gotowi są opłacić całą wartość renty, płacy i zysku, nie­zbędną dla sprowadzenia dobra na rynek, nie wszyscy będą mogli zaopatrzyć się w żądaną przez siebie ilość dobra. Zamiast żądać na próżno, niektórzy skłonni będą dać więcej. Natychmiast rozpoczyna się wśród nich współzawodnictwo, a cena rynkowa podnosi się bardziej lub mniej ponad cenę naturalną, zależnie od tego, czy wielkość braku, lub zamożność i żądza zbytku współza­wodników silniej lub słabiej podniecają żywość współza­wodnictwa. Wśród współzawodników o równej zamoż­ności i skłonności do zbytku równy brak wywołuje zwy­kle współzawodnictwo silniejsze lub słabsze, zależnie od tego, czy nabycie dobra ma dla nich większe lub mniejsze znaczenie. Stąd niepomierna cena artykułów pierwszej potrzeby podczas oblężenia miasta lub głodu.

Gdy sprowadzona na rynek ilość danego dobra prze­wyższa istotny popyt, nie wszystko można sprzedać tym, którzy gotowi są opłacić całą wartość renty, płacy i zysku, niezbędną dla sprowadzenia dobra na rynek. Pewną część sprzedać trzeba tym, którzy ofiarowują mniej, niska zaś cena dawana przez nich obniżyć musi cenę całości. Cena rynkowa spada bardziej lub mniej poniżej ceny naturalnej, zależnie od tego, czy wielkość nadmiaru wzmaga silniej lub słabiej współzawodnictwo sprzedających, albo też zależnie od tego, czy bardziej lub mniej zależy im na bezzwłocznem wyzbyciu się dobra. Taki nadmiar w dowozie dóbr łatwo ulegających zepsu­ciu wywołuje współzawodnictwo o wiele większe, niż przy dobrach trwałych: o wiele znaczniejsze, na przykład, przy dowozie pomarańcz, niż żelastwa. Gdy sprowadzona na rynek ilość wystarcza na po­krycie istotnego popytu i nie jest wyższa, cena rynkowa staje się oczywiście równą cenie naturalnej, bądź tak jej bliską, jak tylko to sobie możemy wyobrazić. Cała rozporządzalna ilość może osiągnąć tę cenę, ale nie może osiągnąć ceny wyższej. Współzawodnictwo między po­szczególnymi sprzedawcami zmusza ich wszystkich do zgodzenia się na tę cenę, ale nie zmusza ich do przyję­cia niższej.

Ilość każdego dobra, dostarczanego na rynek, do­stosowuje się sama w sposób naturalny do istotnego popytu. W interesie wszystkich, używających swej zie­mi, pracy lub kapitału dla dostarczenia jakiegoś dobra na rynek, leży, aby jego ilość nigdy nie przekraczała istotnego popytu; w interesie zaś wszystkich innych leży, by nigdy nie była od tegoż popytu mniejszą.

Jeżeli w jakimś czasie ta ilość przekracza istotny popyt, pewne składowe części ceny spadną poniżej swej stopy naturalnej. O ile to będzie renta, interes właścicieli ziemi skłoni ich natychmiast do innego uży­cia części gruntów; o ile znów jest to płaca lub zysk, to interes robotników w jednym, a interes pracodawców w drugim wypadku skłoni ich do wycofania części pracy bądź kapitałów z tego zawodu. Wtedy ilość do­starczana na rynek zacznie wnet ledwie starczać na pokrycie istotnego popytu. Wszystkie części składowe danej ceny podniosą się znowu do swojej stopy natural­nej, a cała cena - do ceny naturalnej.

Przeciwnie, jeżeli się zdarzy, że ilość dostarczona na rynek nie wystarcza dla pokrycia istotnego popytu, niektóre części składowe ceny podniosą się ponad swoją stopę naturalną. O ile to będzie renta, interes wszystkich pozostałych właścicieli ziemi skłoni ich oczywiście do przysposobienia więcej gruntów pod uprawę tego dobra; o ile będzie to płaca lub zysk, to interes wszystkich pozostałych robotników i przedsię­biorców skłoni ich rychło do włożenia więcej pracy i ka­pitałów w przygotowanie i sprowadzenie danego do­bra na rynek. Dostarczana tam ilość wkrótce okaże się dostateczną dla pokrycia popytu istotnego. Rozmaite części składowe ceny spadną wkrótce do swojej stopy naturalnej, a cala cena - do ceny naturalnej.

Cena naturalna stanowi więc niejako cenę centralną, ku której ceny wszystkich dóbr ustawicznie ciążą. Róż­ne okoliczności mogą je niekiedy utrzymać znacznie ponad ceną naturalną, a niekiedy znów obniżyć nawet poniżej tej ceny. Jakiekolwiek jednak są te przeszkody, powstrzymujące je od utrzymania się na tym central­nym punkcie spoczynku i stałości, zawsze przecie dą­żyć będą ku niemu. Tak więc, cała ilość pracy, zużywana rocznie na dostarczenie rynkowi danego dobra, przystosowuje się w sposób naturalny do istotnego popytu. W sposób naturalny zmierza ona do dostarczania zawsze takiej właśnie ilości, jakiej potrzeba na zaspokojenie tego po­pytu, ale też nie większej, niż potrzeba.

W niektórych jednak zawodach ta sama ilość pracy w różnych latach wytwarza zupełnie różne ilości dóbr, podczas gdy w innych wytwarza zawsze jednakowe lub przynajmniej prawie jednakowe ilości. W gospo­darstwie rolnem ta sama liczba robotników produkuje w różnych latach zupełnie różne ilości zboża, wina, oliwy, chmielu i t. p. Natomiast ta sama liczba przędzalników i tkaczy wytwarza corocznie jednakową lub pra­wie jednakową ilość płótna i sukna. W przedsiębior­stwach pierwszego rodzaju do istotnego popytu dosto­sowuje się mniej więcej tylko produkcja przeciętna; a ponieważ produkcja rzeczywista bywa tu częstokroć albo większa albo mniejsza od przeciętnej, przeto ilość dóbr dostarczanych na rynek albo przewyższa znacznie popyt istotny, albo też wcale na pokrycie jego nie wy­starcza. Gdyby więc nawet ten popyt był wciąż jedna­kowy, cena rynkowa ulegałaby znacznym wahaniom, to spadałaby znacznie poniżej ceny naturalnej, to znów znacznieby ją przewyższała. W drugim rodzaju przed­siębiorstw, gdy wytwór tej samej ilości pracy pozostaje wciąż jednakowy, albo przynajmniej prawie jednako­wy, dostosować go można ściślej do popytu istotnego. Gdy przeto popyt pozostaje bez zmiany, cena rynkowa dóbr może również pozostać bez zmiany i zgadzać się z ceną naturalną całkowicie, lub też tak być bliską, jak tylko to sobie możemy wyobrazić. Że cena płótna i suk­na nie podlega ani tak częstym ani tak znacznym zmia­nom, jak cena zboża, o tern każdy wie z własnego doświadczenia. Cena jednego rodzaju dóbr ulega zmianie nie jedynie wraz ze zmianami popytu, drugiego zaś rodzaju nie tylko przy zmianach popytu, lecz przy tych znacznie większych i częstszych zmianach, jakie za­chodzą w ilościach dóbr, sprowadzonych na rynek w celu zaspokojenia owego popytu.

Przypadkowe i czasowe wahania w cenie rynkowej jakiegoś dobra odbijają się przeważnie na tych jej czę­ściach, które przypadają na płacę i zysk. Mniej dotykają one tę część, która przypada na rentę gruntową. Renty, ustalonej w pieniądzach, wahania te nie dotykają wcale ani pod względem stopy, ani pod względem wartości. O ile renta ustalona jest jako pewna określona część lub jako określona ilość produktu surowego, wszelkie przypadkowe i czasowe wahania w cenie tego produk­tu odbijają się wprawdzie na rocznej wartości renty, rzadko jednak wpływają na jej roczną wysokość w na­turze. Przy ustalaniu warunków dzierżawy, właściciel i dzierżawca starają się wedle możności przystosować mniej więcej stopę renty do przeciętnej czyli zwykłej ceny produktu, nie zaś do jego ceny przypadkowej, chwilowej.

Wahania takie odbijają się na wartości i stopie płacy lub zysku w zależności od tego, czy rynek zaopatrzony jest nadmiernie, czy niedostatecznie w dobra lub pracę, w pracę już wykonaną lub dopiero potrzebną. Żałoba publiczna podnosi cenę czarnych tkanin (których w takich razach zazwyczaj za mało jest na rynku) i powieksza zyski tych kupców, którzy mają znaczniejszy ich zapas. Niema ona wpływu na płace tkaczów. Rynek jest niedostatecznie zaopatrzony w towary, nie zaś w pracę; nabył pracę już dokonaną, nie zaś dopiero wykonać się mającą. Żałoba publiczna podnosi płace robotników kra­wieckich. Pod tym względem rynek jest niedostatecz­nie zaopatrzony w pracę. Objawia się istotny popyt na większą ilość pracy, na wykonanie większej ilości robót, których jest brak. Obniża ona ceny kolorowych tkanin i zmniejsza zyski tych kupców, którzy posiadają znacz­niejsze ich zapasy. Obniża to również płace robotników, zatrudnionych przy wyrobie tych dóbr, na które popyt został zatamowany na przeciąg sześciu, a może nawet dwunastu miesięcy. Tutaj rynek jest nadmiernie zaopa­trzony zarówno w dobra jak w pracę.

Chociaż jednak cena rynkowa każdego poszczegól­nego dobra ciąży, że tak powiemy, ustawicznie ku cenie naturalnej, to jednak przy wielu dobrach raz szczególne okoliczności, raz znów naturalne przyczyny, kiedy in­dziej znów specjalne zarządzenia publiczne utrzymują cenę rynkową przez długi przeciąg czasu znacznie po­wyżej ceny naturalnej.

Gdy skutkiem wzrostu istotnego popytu podnosi się cena rynkowa jakiegoś dobra znacznie ponad cenę naturalną, wówczas ci, którzy kapitały swoje obracają na zaopatrywanie tego rynku, zazwyczaj starannie ukrywają zaszłą zmianę. Gdyby o niej powszechnie wiedziano, wielki ich zysk skłoniłby tylu współzawod­ników do zastosowania kapitałów w tej samej dziedzi­nie, że nastąpiłoby rychło zaspokojenie istotnego popy­tu i obniżenie ceny rynkowej do naturalnej, a może nawet na pewien czas poniżej tejże. Jeżeli rynek położo­ny jest w znacznej odległości od miejsca zamieszkania tych, którzy go zaopatrują, to mogą oni niekiedy zacho­wać tajemnicę przez kilka lat i korzystać przez ten czas z nadzwyczajnych zysków bez nowych współzawodni­ków. Wszelako tajemnice takie, przyznać należy, rzad­ko utrzymują się długo; nadzwyczajne zyski zaś trwają nie o wiele dłużej, niż owe tajemnice.

Tajemnice wyrobu dają się dłużej zachowywać, niż tajemnice handlu. Farbiarz, który wynalazł sposób otrzymywania pewnego barwnika z materjałów o poło­wę tańszych niż używane dotychczas, może przy umie­jętnym zarządzie korzystać z prerogatyw swojego wy­nalazku aż do śmierci, a nawet przekazać go w spadku swoim potomkom. Nadzwyczajne jego zarobki wyni­kają z wysokiej ceny, jaką otrzymuje za swoją osobistą pracę. Stanowią one właściwie wysoką płacę za tę pra­cę. Ponieważ jednak powtarzają się przy każdej części jego kapitału i pozostają wobec tego jako całość w pew­nym stałym stosunku do tego kapitału, przeto uważane są zazwyczaj za nadzwyczajne zyski z kapitału.

Podobne wybujałości w cenie rynkowej stanowią oczywiście skutek szczególnego przypadku, którego działanie może jednak trwać niekiedy szereg lat.

Niektóre płody natury wymagają tak specjalnych warunków gleby lub położenia, że nadające się do ich uprawy przestrzenie rozległego kraju nie wystarczają jednak na zaspokojenie istotnego popytu. Cała więc ilość dostarczana na rynek dostaje się tym, którzy skłonni są dać więcej, niż trzeba na opłacenie według naturalnej stopy renty od gruntów produkujących te płody, oraz płacy za pracę i zysku z kapitału, użytych na ich wyrób i dostarczenie na rynek. Płody takie mogą być sprzedawane w ciągu całych stuleci po tej wysokiej cenie; a część składowa ceny, przypadająca na rentę gruntową, jest w tym wypadku tą częścią, która opłaca­na jest powyżej stopy naturalnej. Renta z gruntów do­starczających płodów tak niezwykłych i cennych, np. renta z niektórych winnic francuskich o szczególnie szczęśliwych warunkach gleby i położenia, nie stoi w żad­nym stosunku do renty z innych, równie urodzajnych i dobrze uprawnych gruntów tej okolicy. Natomiast płaca za pracę i zyski z kapitału, użytych na dostarcze­nie tych dóbr na rynek, rzadko przekraczają naturalny stosunek, zwykły w tych okolicach przy innem zastoso­waniu pracy i kapitału.

Podobne wybujałości w cenie rynkowej są oczywi­ście wynikiem przyczyn naturalnych, nie zezwalają­cych, aby istotny popyt znalazł kiedykolwiek całkowite zaspokojenie, i mogących przeto działać bez końca.

Monopol, udzielony jakiejś osobie lub spółce han­dlowej, działa zupełnie tak samo, jak tajemnica handlo­wa lub przemysłowa. Stale dostarczając na rynek ilości niedostatecznych, nigdy nie pokrywając istotnego po­pytu, monopoliści mogą zbywać swoje towary po cenie znacznie wyższej od naturalnej i ciągnąć korzyści, wy­rażające się bądź w płacach, bądź w zyskach, znacznie przewyższających stopę naturalną.

We wszelkich warunkach cena monopolowa jest najwyższa, jaką osiągnąć można. Cena naturalna nato­miast czyli cena przy swobodnem współzawodnictwie jest co najniższa cena, jaką można przyjąć, nie we wszystkich może okolicznościach, ale w ciągu jakiegoś dłuższego okresu czasu. Pierwsza z nich bywa we wszelkich warunkach ceną najwyższą, jaką można wy­cisnąć z nabywców czyli jaką przypuszczalnie zgodzą się zapłacić; druga bywa ceną najniższą, jaką sprzedaw­cy na ogół przyjąć mogą i przy której mogą w dalszym ciągu uprawiać swój zawód.

Wyłączne przywileje cechowe, przepisy o nauce rzemiosła i wszystkie wogóle ustawy, które w pewnych zawodach ograniczają współzawodnictwo do mniejszej liczby osób, niżby bez tego było, zmierzają, choć w mniej­szym stopniu, do tego samego celu. Są to pewnego ro­dzaju rozszerzone monopole, podtrzymujące cenę ryn­kową poszczególnych dóbr w całych zawodach i w cią­gu stuleci powyżej ceny naturalnej, i zapewniające za­równo płacy za pracę jak i zyskom z kapitału, które znajdują w nich zastosowanie, stopę nieco wyższą od naturalnej.

Podobne wybujałości w cenie rynkowej mogą tak długo trwać, jak długo działają wywołujące je zarzą­dzenia publiczne. Cena rynkowa każdego dobra może wprawdzie przez dłuższy czas trzymać się powyżej jego ceny naturalnej, nie może jednak utrzymać się długo poniżej. Bez względu na to, która z części ceny rynkowej wypada poniżej stopy naturalnej, zawsze osoby poszkodowane natychmiast od­czują swój uszczerbek i bezzwłocznie wycofają tyle ziemi, albo tyle pracy, albo tyle kapitału, że ilość dostarczana na rynek wnet będzie tylko wystarczała na pokrycie istotne­go popytu. Zatem cena rynkowa rychło podniesie się do wysokości naturalnej. Tak przynajmniej miałaby się rzecz tam, gdzie istnieje zupełna swoboda.

Faktycznie wszakże, te same przepisy o nauce rze­miosła i inne ustawy cechowe, które pozwalają robotni­kowi, podczas rozkwitu rzemiosła, osiągać zarobki znacznie przewyższające stopę naturalną, niekiedy zmuszają go, gdy rzemiosło jest w upadku, przystawać na znaczne ich obniżenie poniżej tej stopy. Jak w pierw­szym wypadku wykluczają wielu ludzi z jego zawodu, tak w drugim wykluczają jego samego z wielu zawo­dów. Bądź co bądź jednak wpływ tych przepisów nie bywa bynajmniej tak trwały przy obniżaniu zarobku robotnika poniżej, jak przy jego podnoszeniu powyżej stopy naturalnej. W jednym kierunku wpływ ten roz­ciągać się może na wiele stuleci, w drugim zaś nie trwa dłużej, jak życie robotników, przygotowanych do dane­go zawodu w okresie jego rozkwitu. Gdy ci wymrą, liczba osób kształconych w danym zawodzie dostosuje się sama do istotnego popytu. Nato, aby w pewnym poszczególnym zawodzie płace robocze lub zyski z kapi­tałów utrzymać przez kilka pokoleń poniżej stopy na­turalnej, potrzebaby praw równie surowych jak w Hindostanie lub w starożytnym Egipcie (gdzie przepisy religijne zmuszały każdego do pozostawania przy za­wodzie ojca, a za najcięższe świętokradztwo poczyty­wano zmianę tego zawodu na inny).

Oto jest wszystko, co uważałem na teraz za koniecz­ne zaznaczyć w sprawie czasowych lub stałych odchy­leń ceny rynkowej dóbr od ceny naturalnej.

Sama cena naturalna zmienia się wraz ze stopą na­turalną każdej ze swych części składowych, płacy, zy­sku i renty; a w każdem społeczeństwie stopa ta zmie­nia się odpowiednio do jego warunków bytu, odpo­wiednio do jego zamożności lub ubóstwa, jego stanu rozwoju, zastoju lub upadku.