Łatwiej zrozumiemy skutki podziału pracy dla ogólnej działalności wytwórczej społeczeństwa, gdy rozważymy, w jaki sposób podział ten odbywa się w poszczególnych rzemiosłach. Powszechne jest mniemanie, że jest on najbardziej rozwinięty w niektórych mało ważnych rzemiosłach; nie dlatego, aby w nich istotnie posunięty był dalej niż w innych ważniejszych, lecz dlatego, że w tych małych, które zaspakajać mają mniej ważne potrzeby niewielkiej liczby ludzi, ogólna liczba robotników musi być z konieczności małą, a wszyscy, zajęci w różnych gałęziach tej pracy, mogą często być skupieni w jednym warsztacie, dzięki czemu oko widza obejmie ich wszystkich naraz. Natomiast w wielkich rzemiosłach, które zaspakajać mają ważne potrzeby całej ludności, każda gałąź pracy zatrudnia tak wielką liczba robotników, że niemożliwe jest pomieszczenie ich wszystkich w jednym warsztacie. Rzadko więc możemy tu widzieć jednocześnie poza tymi, którzy zajęci są w jakiejś jednej gałęzi pracy, jeszcze innych. Chociaż tedy w takich rzemiosłach praca w rzeczywistości podzielona jest na znacznie więcej działów, niż w owych mniej ważnych rzemiosłach, podział pracy nie jest w nich tak oczywisty i mógł łatwiej ujść uwagi widza.
Weźmy dla przykładu niepozorne rękodzieło, które jednak swym podziałem pracy często zwracało na siebie uwagę, mianowicie rzemiosło wyrobu szpilek; robotnik, nie zaprawiony do tej roboty (którą podział pracy uczynił odrębnem rzemiosłem), i nie obeznany z używanemi w niej maszynami (do których wynalezienia podnietę dał prawdopodobnie tenże podział pracy), potrafiłby może przy największej pilności zrobić jedną szpilkę na dzień, ale z pewnością nie zrobiłby dwudziestu. Sposób jednak obecnego prowadzenia tej roboty czyni ją nie tvlko odrębnem rzemiosłem, ale dzieli ją jeszcze na szereg gałęzi, których większość stanowi również pewnego rodzaju odrębne fachy. Jeden robotnik wyciąga drut, drugi go prostuje, trzeci tnie, czwarty zaostrza, piąty toczy koniec dla osadzenia główki; sporządzenie główki wymaga dwóch lub trzech oddzielnych czynności; osadzanie główki stanowi odrębną pracę, jak również bielenie szpilek; nawet wtykanie szpilek w papier stanowi oddzielne zatrudnienie; w ten sposób ważne rzemiosło wyrobu szpilek podzielone jest na blisko 18 różnych czynności, które w niektórych rękodzielniach wykonywane są przez różnych pracowników, gdy w innych jeden pracownik ma z nich dwie lub trzy do wykonania. Widziałem małą pracownię tego rodzaju, gdzie zajętych było tylko dziesięć osób, niektóre z nich miały więc dwa lub trzy różne zatrudnienia. Chociaż ludzie ci byli bardzo biedni i wskutek tego tylko skąpo zaopatrzeni w niezbędne maszyny, byli przecież w stanie przy pewnym wysiłku wyprodukować wspólnie około dwunastu funtów szpilek dziennie. Ponieważ na funt szpilek przypada z górą 4000 szpilek średniej wielkości, więc owe dziesięć osób było w stanie wyprodukować wspólnie ponad 48000 szpilek na dzień. Ponieważ każda z nich robiła dziesiątą część owych 48000 szpilek, więc można uważać, że wyrabia 4800 szpilek dziennie. Gdyby natomiast każda z tych osób pracowała oddzielnie i samodzielnie i nie była uprzednio wyszkoloną w tej specjalnej pracy, to z pewnością żadna z nich nie zrobiłaby dwudziestu, a może nawet nie zrobiłaby i jednej szpilki na dzień; t. zn., że nie zrobiłaby 240-tej a może nie zrobiłaby nawet 4800-nej części tego, co są w stanie wyprodukować teraz dzięki właściwemu podziałowi i połączeniu swych różnych czynności.
W każdym kunszcie lub rzemiośle skutki podziału pracy są podobne do tych, jakie widzimy w tern tak niepozornem rzemiośle, choć w wielu z nich praca nie daje się tak dalece podzielić, ani sprowadzić do tak prostych czynności. W każdym jednak rzemiośle podział pracy, o ile tylko daje się zastosować, przynosi proporcjonalny wzrost sił wytwórczych pracy. Ta korzyść była, zdaje się, przyczyną wyodrębniania się różnych rzemiosł i zajęć. Jest ono zazwyczaj najdalej posunięte w okolicach o najwyższym rozwoju przemysłu i kultury; to, co w społeczeństwie pierwotnem jest dziełem pracy jednego człowieka, w społeczeństwach na wyższym stopniu kultury bywa zazwyczaj dziełem kilku jednostek. W każdem rozwiniętem społeczeństwie rolnik jest zazwyczaj li tylko rolnikiem, rzemieślnik -tylko rzemieślnikiem. Nawet praca, potrzebna do wytworzenia jakiegoś określonego wyrobu, bywa prawie zawsze rozkładaną na wiele rąk roboczych. Jakże wiele różnych zatrudnień mamy w każdej gałęzi przemysłu lnianego i wełnianego, począwszy od producentów lnu i wełny aż do blacharzy i prasowaczy płótna lub do farbiarzy i foluszników! Natura gospodarstwa wiejskiego natomiast nie pozwala na takie rozczłonkowanie pracy, ani na tak zupełne oddzielenie jednego zajęcia od drugiego, jak rzemiosła. Niepodobna tak zupełnie oddzielić zajęcia hodowcy bydła od zajęcia producenta zboża, jak oddzielone są od siebie zwykle zajęcia cieśli i kowala. Przędzarz i tkacz - to prawie zawsze dwie różne osoby; lecz oracz, bronownik, siewca i żniwiarz -to często jedna i ta sama osoba. Zapotrzebowanie tych różnych rodzajów pracy zależy od różnych pór roku, niemożliwe więc jest, by jedna osoba zajętą była ciągle jednym z tych rodzajów pracy. Niemożliwość przeprowadzenia w gospodarstwie wiejskiem tak zupełnego oddzielenia od siebie różnych jego gałęzi pracy, jest może przyczyną, dlaczego rozwój sił produkcyjnych pracy w tej dziedzinie nie zawsze dotrzymuje kroku postępowi tych sił w rzemiosłach. Najbogatsze narody przewyższają wprawdzie zazwyczaj wszystkich swych sąsiadów zarówno w rolnictwie, jak i w rękodziełach, wyróżniają się jednak zwykle bardziej wyższością w tych ostatnich, niż w tamtem. Ich ziemie są na ogół w lepszej kulturze, a pochłonąwszy więcej pracy i kosztów, przynoszą w stosunku do obszaru i naturalnej żyzności gleby więcej plonów, Ale ta zwyżka plonów rzadko przekracza o wiele zwyżkę pracy i kosztów. W rolnictwie praca kraju bogatego nie zawsze jest o wiele produkcyjniejszą, niż praca kraju ubogiego, a przynajmniej nie jest nigdy o tyle produkcyjniejszą, jak zwykle bywa w rękodziełach. Dlatego zboże kraju bogatego przy tej samej dobroci nie zawsze będzie tańsze na rynku, od zboża kraju ubogiego. Zboże polskie jest - przy równej dobroci - w równej cenie ze zbożem francuskiem, pomimo większej zamożności i postępu kultury tego ostatniego kraju. Zboże rolniczych prowincyj Francji jest równie dobre jak zboże angielskie i jest mu w przeważającej liczbie lat równe w cenie, chociaż Francja nie dorównywa może Anglji bogactwem i kulturą. A jednak ziemie zbożowe w Anglji są w lepszej kulturze niż we Francji, zaś ziemie zbożowe we Francji są podobno o wiele lepiej uprawne niż w Polsce. Chociaż więc kraj ubogi, mimo niższości swej kultury rolnej, może w pewnej mierze konkurować z bogatym pod względem taniości i dobroci swego zboża, nie może jednak ważyć się na podobne współzawodnictwo w rękodziełach, zwłaszcza wtedy, gdy w bogatym kraju rękodziełom tym sprzyja gleba, klimat i położenie. Jedwabie francuskie są lepsze i tańsze od angielskich, gdyż przemysł jedwabny, przynajmniej przy obecnych wysokich cłach przywozowych na jedwab surowy, mniej odpowiada klimatowi Anglji niż klimatowi Francji. Natomiast angielskie wyroby stalowe i z grubej wełny są bez porównania lepsze od francuskich, a nadto przy tym samym gatunku o wiele tańsze. W Polsce niema zdaje się żadnego przemysłu, z wyjątkiem produkcji przedmiotów, potrzebnych w zwykłem gospodarstwie domowem, bez której żaden kraj istnieć nie może.
Wielki wzrost ilości owoców pracy, jakie ta sama liczba ludzi może osiągnąć w następstwie podziału pracy, zawdzięczamy trzem różnym okolicznościom: po pierwsze, wzrostowi sprawności każdego robotnika; po drugie, zaoszczędzeniu czasu, który się zwykle traci przy przechodzeniu od jednego rodzaju roboty do drugiego; wreszcie, wynalezieniu wielkiej liczby maszyn, które ułatwiają i skracają pracę i pozwalają jednemu człowiekowi wykonywać pracę wielu.
Po pierwsze, wzrost sprawności robotnika zwiększa nieodzownie ilość pracy, jaką może wykonać; a podział pracy, sprowadzając zadanie każdego człowieka do pewnej jednej, prostej czynności i czyniąc z niej jedyne zatrudnienie jego życia, zwiększa z konieczności bardzo znacznie sprawność robotnika. Prosty kowal, choć przywykły do władania młotem, ale nie posiadający żadnej wprawy w robieniu gwoździ, gdyby w pewnym szczególnym wypadku zmuszony był do podjęcia tej roboty, pewny jestem, nie byłby w stanie zrobić więcej niż 240 do 300 gwoździ dziennie i to bardzo lichych. Kowal, który zwykł robić gwoździe, dla którego jednak wyrób gwoździ nie był wyłącznem ani też głównem zatrudnieniem, przy wielkiej pracowitości rzadko zrobi więcej niż 800 do 1000 gwoździ dziennie. Wdziałem wielu chłopców poniżej lat 20, którzy nigdy nie uprawiali innego rzemiosła, jak tylko robienie gwoździ, i z których każdy, przykładając się należycie do pracy, mógł zrobić ponad 2300 gwoździ na dzień. Robienie gwoździ wszakże nie należy bynajmniej do najprostszych czynności. Ten sam człowiek porusza miechy, poprawia i dokłada w miarę potrzeby do ognia, rozżarza żelazo i wykuwa wszystkie części gwoździa: przy wykuwaniu główki musi nawet zmienić narzędzia. Rozmaite czynności, na które rozpada się robienie szpilki lub guzika metalowego, są wszystkie o wiele prostsze, a sprawność osoby, która całe życie spędziła na wykonywaniu jednej z nich, jest zazwyczaj dużo większa. Szybkość, z jaką wykonywane są niektóre z tych czynności, przewyższa wszystko, co osiągnąć może ręka ludzka w wyobrażeniu człowieka, który ich nigdy nie widział.
Po drugie, korzyść, jaką się osiąga przez zaoszczędzenie czasu, traconego zwykle przy przechodzeniu od jednego rodzaju pracy do drugiego, jest o wiele większą niż z pierwszego wejrzenia wyobrazić sobie można. Niepodobna jest przejść bardzo szybko od jednego rodzaju pracy do drugiego, wykonywanego na innem miejscu i zupełnie innemi narzędziami. Tkacz wiejski, uprawiający małe gospodarstwo rolne, tracić musi znaczną część swego czasu na przechodzenie od warsztatu do pracy w polu i z pola do warsztatu. Gdy dwa zajęcia wykonywane być mogą w jednym i tym samym warsztacie, strata czasu jest niewątpliwie o wiele mniejsza, Ale i w tym wypadku jest ona bardzo znaczna.
Człowiek ociąga się zwykle trochę gdy od jednego rodzaju pracy przechodzi do drugiego. Przy rozpoczynaniu nowej pracy człowiek rzadko bywa bardzo żywy i ochoczy; mówimy, że jeszcze się w nią nie włożył, i raczej przez jakiś czas marudzi, zanim się dzielnie do niej zabierze. To przyzwyczajenie do marudzenia i gnuśnego, niemrawego pracowania, którego nabywa każdy robotnik wiejski, zmuszony do zmieniania co pół godziny swej pracy i narzędzi i do przykładania swej ręki do dwudziestu różnych robót w każdym prawie dniu swego życia, czyni go prawie zawsze opieszałym i leniwym i niezdolnym do żywego zajęcia się pracą w najbardziej nawet pilnej potrzebie. Niezależnie przeto od jego mniejszej sprawności, już sama ta przyczyna musi zawsze znacznie obniżać ilość pracy, jaką jest w stanie wykonać.
Po trzecie wreszcie, każdy musi zauważyć, jak bardzo ułatwia i skraca pracę zastosowanie odpowiednich maszyn. Przytaczanie przykładu jest chyba zbyteczne. Zauważę przeto tylko, że wynalezienie maszyn, które tak bardzo ułatwiają i skracają pracę, powstało, jak się zdaje, z podziału pracy. Wynalezienie łatwiejszych i prostszych metod otrzymywania jakiejś rzeczy jest daleko prawdopodobniejsze wtedy, gdy cała uwaga człowieka skupiona jest na danej rzeczy, niż gdy jest rozproszona na wiele różnych. Właśnie wskutek podziału pracy cała uwaga człowieka z natury rzeczy skierowana jest na jakiś jeden bardzo prosty przedmiot. Można się przeto spodziewać, że ten lub ów z zajętych w jakiejś poszczególnej gałęzi pracy wynajdzie wnet łatwiejsze i prostsze sposoby wykonywania swej własnej specjalnej pracy, o ile tylko jej istota na takie udoskonalenie pozwala. Znaczną ilość maszyn stosowanych w rękodzielniach, mających najdalej posunięty podział pracy, wynaleźli początkowo zwykli robotnicy, z których każdy, zajęty wykonywaniem jakiejś bardzo prostej czynności, silą rzeczy zwracał swe myśli ku wynalezieniu łatwiejszych i prostszych sposobów pracy. Kto często zwiedzał takie rękodzielnie, musiał nieraz obserwować bardzo piękne maszyny, wynalezione przez takich robotników dla ułatwienia i przyśpieszenia ich własnej czynności.
Przy pierwszych maszynach parowych używano chłopców do kolejnego otwierania i zamykania naprzemian połączenia między kotłem i cylindrem w miarę, jak się tłok podnosił lub opuszczał. Jeden z tych chłopców, lubiący bawić się z kolegami, spostrzegł, że gdy połączy sznurkiem rączkę wentyla, otwierającego to połączenie, z inną częścią maszyny, wentyl otwiera się i zamyka bez jego pomocy, zostawiając mu swobodę zabawiania się z kolegami. Jedno z największych udoskonaleń, jakie dokonano przy tej maszynie od czasu jej wynalezienia, było więc odkryciem chłopca, który chciał sobie oszczędzić pracy.
Wszelako bynajmniej nie wszystkie udoskonalenia w dziedzinie maszyn były wynalazkiem tych, którzy ich używali. Wiele ulepszeń wprowadziła wynalazczość wyrabiających maszyny, gdy wyrób ich stał się zadaniem specjalnego rzemiosła; niektóre osiągnięto przez wynalazczość tych, których nazywamy filozofami lub teoretykami, a których zadanie polega nie na robieniu czegoś, lecz na obserwowaniu wszystkiego; oni to dzięki temu są często w stanie kojarzyć z sobą siły najodleglejszych i najróżnorodniejszych rzeczy. Z postępem społeczeństwa filozofja czyli teorja staje się, podobnie jak każde inne zajęcie, głównem lub wyłącznem zatrudnieniem i czynnością specjalnej klasy obywateli. Podobnie jak każde inne zajęcie, dzieli się ono na wielką liczbę różnych gałęzi, z których każda zajmuje pewną część lub klasę filozofów, a ten podział zajęć w filozofji, tak jak w każdym innym zawodzie, powiększa sprawność i daje oszczędność czasu. Każda jednostka nabiera przez to więcej doświadczenia w swojej specjalnej gałęzi, ilość dokonanej pracy jest ogółem większa, a zakres wiedzy znacznie wzrasta.
Właśnie wielkie wzmożenie się produkcji we wszelakich sztukach, wynikające z podziału pracy, powoduje w dobrze rządzonem społeczeństwie ową powszechną zamożność, sięgającą aż do najniższych warstw ludności. Każdy robotnik rozporządza znaczną ilością własnej pracy, poza tą, której dla siebie potrzebuje; a ponieważ wszyscy inni robotnicy są w tern samem położeniu, jest on w stanie wymienić wielką ilość własnych dóbr na wielką ilość lub, co na jedno wychodzi, za cenę wielkiej ilości innych dóbr. On dostarcza obficie czego im potrzeba, oni zaś zaopatrują go równie dostatnio w to, czego jemu potrzeba, i powszechny dostatek przenika wszystkie warstwy społeczeństwa.
Zwróćmy tylko uwagę na dobytek najprostszego rzemieślnika lub wyrobnika w cywilizowanym i pomyślnie rozwijającym się kraju, a spostrzeżemy, że liczba ludzi, którzy cząstką, choć tylko małą cząstką swych wysiłków, przyczynili się do stworzenia tego dobytku, przekracza wszelkie obliczenia. Wełniana kurtka np., która okrywa wyrobnika, choćby najzwyklejsza i najprostsza z wyglądu, jest owocem łącznej pracy wielkiej liczby robotników. Pasterz trzód, sortownik wełny, czesacz lub gremplarz, farbiarz, snowacz, przędzarz, tkacz, prasowacz i wielu innych, wszyscy muszą połączyć swe różne sztuki, żeby tą prostą rzecz sporządzić. Ilu kupców i woźniców musiało poza tem być zatrudnionych przy przewożeniu materjału od jednych robotników do drugich, mieszkających często w bardzo odległych częściach kraju! Ile handlu i w szczególności żeglugi, ilu budujących okręty, żeglarzy, wyrabiających żagle, powróźników potrzeba było, by zebrać te różne materjały używane przez farbiarza, a pochodzące często z najodleglejszych krańców świata! A co za różnorodność pracy jest potrzebna, by sporządzić narzędzia dla najprostszego z tych robotników! Nie mówiąc już o tak skomplikowanych maszynach jak statek, młyn foluszowy lub nawet warsztat tkacki, rozważmy tylko, jak różnorodnej pracy wymaga sporządzenie tej najprostszej maszyny, nożyc, któremi pasterz strzyże wełnę. Górnik, ustawiacz pieca dla wytapiania rudy, drwal, wypalacz węgla drzewnego dla użytku huty, strycharz, murarz, robotnicy do obsługi pieca hutniczego, walcownik, kowal, nożownik, wszyscy muszą połączyć swe różne umiejętności, by sporządzić nożyce. Gdybyśmy chcieli w ten sam sposób zbadać wszelkie części jego odzieży i urządzenia domowego, zgrzebną, płócienną koszulę, którą nosi na ciele, obuwie, które okrywa jego nogi, łóżko, w którem sypia, oraz wszystkie części, z których się ono składa, płytę kuchenną, na której przyrządza swoją strawę, węgle, których do tego używa, i które, wydobywane z szybów, dostarczane są może daleką morską i lądową drogą, wszystkie inne jego sprzęty kuchenne, zastawę jego stołu, noże i widelce, gliniane lub cynowe talerze, na których podaje i kraje swe potrawy, wszystkie ręce, zajęte przygotowaniem jego chleba i piwa, szyby okienne, wpuszczające ciepło i światło, a chroniące od wiatru i deszczu wraz z całą wiedzą i sztuką, które były potrzebne dla przygotowania tego cudownego i szczęśliwego wynalazku, bez którego wątpię czy te północne części świata mogłyby dostarczyć naprawdę wygodnego mieszkania, nadto wreszcie narzędzia tych rozlicznych robotników, zajętych wytwarzaniem tych różnych przedmiotów, gdybyśmy, powiadam, zbadali wszystkie te rzeczy i zważyli, co za różnorodność pracy jest zużyta na każdą z nich, zrozumielibyśmy, że bez pomocy i współdziałania wielu tysięcy ludzi, najskromniejszy człowiek w cywilizowanym kraju nie mógłby być zaopatrzony nawet w takie, jak zupełnie błędnie mniemamy, łatwe i proste środki, w jakie zwykle jest zaopatrzony. W porównaniu oczywiście z bardziej wybujałym zbytkiem wielkich, jego dobytek musi niewątpliwie wydawać się nadzwyczaj prostym i łatwym; a jednak może być prawdą, że zaopatrzenie europejskiego księcia nie zawsze przewyższa w tym stopniu dobytek gospodarnego i skromnego chłopa, w jakim dobytek ostatniego przewyższa zaopatrzenie niejednego afrykańskiego króla, absolutnego pana życia i śmierci dziesięciu tysięcy nagich barbarzyńców.
Czy ta skłonność jest jedną z tych pierwotnych cech natury ludzkiej, z których nie można sobie bliżej zdać sprawy, czy też, co wydaje się prawdopodobniejszem, jest koniecznem następstwem zdolności myślenia i mówienia, to nie należy do przedmiotu naszych badań. Jest ona wspólną wszystkim ludziom, i nie spotykamy jej u żadnego innego gatunku zwierząt, które, zdaje się, nie znają ani tego ani żadnego innego rodzaju umów. Dwa charty, goniące razem tego samego zająca, robią niekiedy wrażenie, jakby działały w pewnego rodzaju porozumieniu. Każdy z nich zagania go w kierunku swego towarzysza, lub stara się go pochwycić, gdy go towarzysz zagoni w jego stronę. Nie jest to jednakże rezultatem jakiejś umowy, lecz wynika z przypadkowej zgodności ich pożądania jednej i tej samej rzeczy w tym samym czasie. Nikt nigdy nie widział, aby pies zamieniał z drugim dobrowolnie i celowo jedną kość za druga. Nikt jeszcze nie widział zwierzęcia, któreby drugiemu dawało znać swemi ruchami i swoistemi głosami: to jest moje, tamto twoje; gotów jestem dać ci to za tamto. Gdy zwierzę chce coś uzyskać od człowieka lub od drugiego zwierzęcia, niema innych środków skłonienia ich do tego, jak zaskarbienie sobie życzliwości tych, których usługi potrzebuje. Młode szczenię pieści swoją matkę, a wyżeł stara się tysiącem sposobów zwrócić na siebie uwagę swego pana, siedzącego przy stole, gdy chce od nich otrzymać kęs pożywienia. Człowiek stosuje niekiedy te same środki wobec swych bliźnich i, gdy nie ma innego sposobu do skłonienia ich do działania w myśl swoich pragnień, usiłuje osiągnąć ich przychylność za pomocą służalstwa i pochlebstw. Nie ma on jednak czasu na robienie tego w każdej okoliczności. W cywilizowanem społeczeństwie potrzebuje nieustannie współdziałania i pomocy wielkiej liczby ludzi, podczas gdy całe życie jego wystarczy zaledwie na pozyskanie przyjaźni kilku osób. U wszystkich niemal innych gatunków zwierząt jednostka, po dojściu do dojrzałości, jest całkowicie niezależną i w warunkach naturalnych nie potrzebuje pomocy żadnej innej żyjącej istoty. Człowiek natomiast prawie ciągle potrzebuje pomocy swych bliźnich i na próżno szukałby jej jedynie w ich życzliwości. Więcej jest prawdopodobieństwa, że ją uzyska, gdy potrafi przemówić do ich egoizmu i wykazać im, że zrobienie tego, czego od nich żąda, jest dla nich samych korzystne. Każdy, kto proponuje drugiemu jakiś interes, robi to samo. Daj mi to, czego ja chcę, a otrzymasz to, czego ty chcesz - oto znaczenie każdej takiej propozycji, i to jest właśnie sposób, w jaki otrzymujemy nawzajem od siebie największą część usług, których potrzebujemy. Nie od przychylności rzeźnika, piwowara lub piekarza spodziewamy się naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. Nie odwołujemy się do ich humanitarności, lecz do ich egoizmu, i nie mówimy im o naszych potrzebach, lecz o ich korzyściach. Jedynie żebrak godzi się z tern, by zależeć głównie od łaski swych współobywateli. Ale nawet żebrak nie jest od niej całkowicie zależny. Dobroczynność miłosiernych ludzi istotnie dostarcza mu wszystkich środków utrzymania. Choć jednak z tego czerpie zaspokojenie wszystkich niezbędnych potrzeb życiowych, nie otrzymuje ich jednak i nie może otrzymywać w każdej potrzebie. Większa część jego przygodnych potrzeb znajduje zaspokojenie w taki sam sposób, jak u innych ludzi, przez umowę, wymianę i kupno. Za pieniądze, otrzymane od jednego człowieka, kupuje pożywienie. Starą odzież, otrzymaną od kogoś innego, zamienia na inną starą odzież, bardziej mu odpowiadającą, lub na mieszkanie, żywność czy pieniądze, za które może nabyć, zależnie od potrzeby, żywność, odzież lub mieszkanie.
Jak przez umowę, wymianę i kupno otrzymujemy wszyscy od siebie większą część tych wzajemnych usług, których potrzebujemy, tak znów sama skłonność do wymiany jest źródłem podziału pracy. W hordzie myśliwych lub pasterzy wyrabia ktoś np. łuki i strzały szybciej i zręczniej, niż inni. Wymienia je często za bydło lub zwierzynę u swoich towarzyszy i w końcu spostrzega, że tym sposobem może uzyskać więcej bydła i zwierzyny, niż gdyby sam poszedł w pole na łowy. Ze względu przeto na swój własny interes czyni on wyrób łuków i strzał swem głównem zajęciem i staje się czemś w rodzaju zbrojmistrza. Drugi prześciga innych w budowaniu i pokrywaniu ich małych chat lub przenośnych domów. Przyzwyczaja się być w tem użyteczny swym sąsiadom, którzy nagradzają go również bydłem i zwierzyną, aż w końcu widzi swą korzyść w tem, by oddać się całkowicie temu zajęciu i staje się czemś w rodzaju cieśli. W ten sam sposób trzeci zostaje kowalem lub kotlarzem, a czwarty garbarzem, wyprawiającym futra i skóry, główną część ubrania dzikich. Tak więc pewność, że można zbywającą część wytworu swej pracy, która przekracza własne spożycie, wymienić za takie wytwory pracy innych ludzi, które mogą być potrzebne, zachęca każdego do oddania się jakiemuś specjalnemu zajęciu i do rozwijania i doprowadzenia do doskonałości tych talentów i zdolności, które posiada dla tego specjalnego zatrudnienia.
Odmienność przyrodzonych uzdolnień u różnych ludzi jest w rzeczywistości dużo mniejsza, niż nam się wydaje; a ta wielka różnorodność uzdolnień, które cechują ludzi różnych zawodów po ich dojściu do dojrzałości, jest w wielu wypadkach nie tyle przyczyną, ile raczej skutkiem podziału pracy. Różnica między najbardziej niepodobnemi typami, na przykład między filozofem i zwykłym posłańcem ulicznym, pochodzi zdaje się nie tyle z natury, ile z przyzwyczajeń, sposobu życia i wychowania. Po przyjściu na świat i w ciągu pierwszych sześciu czy ośmiu lat swego życia, byli oni, być może, bardzo do siebie podobni, i ani ich rodzice, ani rówieśnicy nie spostrzegali żadnych znaczniejszych między nimi różnic. W tym to czasie mniej więcej, lub nieco później, zaczęto ich wciągać do zupełnie odmiennych zajęć. Wtedy zaczyna się zaznaczać różnica ich uzdolnień i wzrasta stopniowo, aż wreszcie próżność filozofa nie chce już prawie żadnego przyznać podobieństwa. Bez skłonności do wymiany i handlu każdy człowiek musiałby sam starać się dla siebie o wszystkie potrzeby i wygody życiowe. Wszyscy umieliby spełniać takie same obowiązki i wykonywać jednakową pracę, i nie mogłaby powstać ta różnorodność zajęć, która jedynie sprowadziła może tak wielką różnorodność uzdolnień.
I jak powyższa skłonność stwarza różnorodność uzdolnień, zaznaczającą się u ludzi odmiennych zawodów, tak też ta sama skłonność czyni tę różnorodność użyteczną. Wiele rodzajów zwierząt, należących bezsprzecznie do tego samego gatunku, obdarzonych jest przez naturę bardziej różniącemi się uzdolnieniami, niż te, które spotykamy wśród ludzi, zanim podlegli wpływom przyzwyczajenia i wychowania. Z natury, różnica między uzdolnieniami i skłonnościami filozofa i posłańca ulicznego nie jest nawet przez pół tak wielka, jak między buldogiem i chartem, lub chartem i psem myśliwskim, lub między ostatnim i psem owczarskim. Te różne rasy zwierząt jednak, chociaż należą do tej samej rodziny, nie przynoszą sobie nawzajem prawie żadnej korzyści. Siła buldoga bynajmniej nie jest poparta szybkością charta, lub mądrością psa myśliwskiego, czy też pojętnością psa owczarskiego. Owoce tych różnych talentów i uzdolnień, z braku zdolności czy popędu do frymarczenia i zamiany, nie mogą być sprowadzone do wspólnego posiadania i nie przyczyniają się niczem do lepszego wyposażenia i wygód gatunku. Każde zwierzę zmuszone jest w dalszym ciągu wyżywiać się i bronić samodzielnie i niezależnie, i nie czerpie żadnych korzyści z tej różnorodności talentów, jakiemi natura obdarzyła jego pobratymców. Między ludźmi przeciwnie, najbardziej odmienne uzdolnienia są sobie wzajemnie użyteczne; różne wytwory odnośnych uzdolnień, dzięki ogólnej skłonności do frymarki, handlu i wymiany, stają się, rzec można, wspólnym zasobem, z którego każdy człowiek może nabyć tę część wytworu uzdolnień innych ludzi, której potrzebuje.
Istnieją pewne zatrudnienia, nawet bardzo podrzędnego rodzaju, które mają zastosowanie jedynie w wielkich miastach. Tragarz, naprzykład, nie może znaleźć zajęcia i utrzymania gdzie indziej. Wieś jest zbyt ciasnem środowiskiem dla niego; nawet zwykłe miasteczko nie jest dość dużem, by mu zabezpieczyć stałe zajęcie. W samotnie stojących domach i małych wioskach, rozrzuconych po tak odludnym kraju jak wyżyna Szkocka, każdy gospodarz wiejski musi być rzeźnikiem, piekarzem i piwowarem dla swej własnej rodziny. W takich warunkach nie możemy się spodziewać napotkać nawet kowala, cieślę lub mularza bliżej, niż w odległości 20 mil od drugiego takiego rzemieślnika. Rozrzucone rodziny, mieszkające w odległości ośmiu lub dziesięciu mil od najbliższego z nich, muszą się uczyć same wykonywać wiele drobnych robót, które w bardziej zaludnionych okolicach poruczałyby tym rzemieślnikom do wykonania. Rzemieślnicy wiejscy są prawie wszędzie zmuszeni poświęcać się tym wszystkim różnorodnym gałęziom pracy, które tyle tylko mają z sobą wspólnego, że wymagają tego samego materjału. Wiejski cieśla podejmuje się wszelkiego rodzaju robót w drzewie, wiejski kowal wszelkiego rodzaju robót w żelazie. Pierwszy jest nie tylko cieślą, lecz i stolarzem, meblarzem, a nawet rzeźbiarzem w drzewie, jak również kołodziejem, powoźrukiem i stelmachem. Zajęcia drugiego są jeszcze bardziej różnorodne. Niemożliwem jest, aby takie nawet rzemiosło, jak wyrób gwoździ, istniało jako samodzielne zajęcie w odległych, centralnych okolicach wyżyny Szkockiej. Robotnik taki, robiąc 1000 gwoździ na dzień, przez 300 dni w roku wyrobiłby 300.000 gwoździ. Lecz w takiej miejscowości niemożliwem byłoby zbycie nawet tysiąca gwoździ, czyli pracy jednego dnia w roku.
Ponieważ droga wodna otwiera dla każdego przemysłu rozleglejsze rynki od tych, jakie zapewnić może sama tylko droga lądowa, przeto na wybrzeżu morskiem i wzdłuż spławnych rzek rozpoczyna się w przemyśle wszelkiego rodzaju podział pracy i doskonalenie, a często dopiero dużo później udoskonalenia te przenikają do wewnętrznych części kraju. Wóz ciężarowy, zaprzężony w 8 koni, z dwoma woźnicami, przewiezie w ciągu jakich sześciu tygodni, pomiędzy Londynem i Edynburgiem, tam i z powrotem około czterech ton towarów. W takim samym mniej więcej czasie statek o załodze z sześciu lub ośmiu ludzi, żeglujący między portami Londyn i Leith, przewozi tam i z powrotem 200 ton towaru. Sześciu więc lub ośmiu ludzi może przewieźć drogą wodną między Londynem i Edynburgiem, tam i z powrotem, taką samą ilość towarów, co pięćdziesiąt wozów ciężarowych, prowadzonych przez 100 ludzi i zaprzężonych w 400 koni. Przeto na 200 ton towarów, przewożonych najtańszym sposobem drogą lądową z Londynu do Edynburga, przypada koszt utrzymania 100 ludzi w ciągu trzech tygodni, oraz, co mniej więcej równe jest utrzymaniu, zużycie 400 koni i pięćdziesięciu wozów ciężarowych. Tymczasem, przy tej samej ilości towarów, przewożonych wodą, przypada tylko utrzymanie sześciu lub ośmiu ludzi oraz zużycie okrętu o 200 tonach pojemności, z doliczeniem wartości większego ryzyka czyli różnicy między ubezpieczeniem przewozu lądowego i wodnego. Gdyby więc nie było żadnej innej komunikacji między temi dwiema miejscowościami jak tylko drogą lądową, to wobec tego, że nie możnaby przewozić z jednej do drugiej żadnych towarów, z wyjątkiem tych, których cena jest bardzo znaczna w stosunku do ich wagi, mogłyby one utrzymywać tylko małą część tych stosunków handlowych, jakie obecnie między niemi istnieją, i wskutek tego mogłyby dawać tylko małą część tego poparcia, jakiego obecnie udzielają nawzajem swoim przemysłom. Tym sposobem handel między odległemi częściami świata nie istniałby wcale, lub byłby bardzo nieznaczny. Jakież towary mogłyby opłacić koszta przewozu lądowego między Londynem i Kalkutą? A gdyby nawet znalazły się niektóre tak cenne, że mogłyby opłacić te koszta, z jakąż rękojmią bezpieczeństwa możnaby je przewieźć przez kraje tylu barbarzyńskich ludów? Teraz natomiast prowadzą te dwa miasta ze sobą bardzo ożywiony handel i, stanowiąc wzajemnie rynek dla siebie, dają dużą podnietę swoim przemysłom.
Ponieważ więc droga wodna takie daje korzyści, naturalnem jest, że się pojawiły pierwsze udoskonalenia sztuk i rzemiosł tam, gdzie ta dogodność otwiera cały świat jako rynek dla produktów wszelkiego rodzaju pracy, i dopiero dużo później przeniknęły do wewnętrznych części kraju. Wewnętrzne części kraju przez długi czas mogą nie mieć żadnego innego rynku dla większości swych towarów poza okolicą, która je bezpośrednio otacza i oddziela od wybrzeża morskiego i wielkich spławnych rzek. Rozległość ich rynku musi zatem przez długi czas pozostawać w zależności od bogactwa i zaludnienia tej okolicy, a wskutek tego i rozwój ich musi zawsze pozostawać w tyle za jej rozwojem. W naszych północno-amerykańskich kolonjach plantacje trzymały się stale wybrzeża morskiego albo brzegów rzek spławnych i prawie nigdzie nie rozciągały się w głąb od nich na większą odległość.
Narody, które wedle najwiarygodniejszych źródeł historji najwcześniej, zdaje się, posiadły cywilizację, były to te, które zamieszkiwały wokół wybrzeża morza Śródziemnego. To morze, największa ze znanych zatok świata, nie mając przypływu i odpływu, a więc fal innych, jak tylko te, które powoduje wiatr, ze względu na gładkość swej powierzchni, jak również mnogość swych wysp i bliskość swych wybrzeży sprzyjało nadzwyczajnie żegludze w czasach jej dzieciństwa, kiedy to ludzie, nie znając jeszcze kompasu, obawiali się stracić z oczu wybrzeża, a z powodu niedoskonałości sztuki budowania okrętów obawiali się puszczać na burzliwe fale oceanu. Minąć Słupy Herkulesa czyli wypłynąć przez cieśninę Gibraltarską - uznawano przez długi czas w świecie starożytnym za najcudowniejsze i naj-niebezpieczniejsze przedsięwzięcie żeglugi. Nawet Fenicjanie i Kartaginczycy, najdoświadczeńsi w żegludze i budowie okrętów w owych dawnych czasach, nie rychło się na to odważyli i byli przez długi czas jedynemi narodami, które się na to zdobyły. Ze wszystkich krajów nad wybrzeżem morza Śródziemnego Egipt był zdaje się pierwszym, w którym uprawiano rolnictwo i rzemiosła i rozwinięto je do znacznego poziomu. Górny Egipt nie rozciąga się nigdzie dalej od Nilu, jak na kilka mil, a w Dolnym Egipcie ta wielka rzeka tworzy wiele kanałów, które przy pomocy niewielkich urządzeń wytworzyły, zdaje się, nietylko między wszystkiemi wielkiemi miastami, lecz także między wszystkiemi znaczniejszemi wsiami, a nawet wieloma sadybami taką niemal komunikację wodną, jaką Ren i Moza tworzą obecnie w Holandji. Rozległość i łatwość tej wewnętrznej żeglugi były prawdopodobnie jedną z głównych przyczyn wczesnego rozwoju Egiptu.
Udoskonalenia w rolnictwie i w rzemiosłach zdają się w prowincjach Bengalu, w Indjach Wschodnich i w niektórych wschodnich prowincjach Chin sięgać również bardzo odległej starożytności, chociaż odległość tej starożytności nie jest dowiedziona żadnemi świadectwami historji, na których wiarogodności w tej części świata możnaby polegać. Ganges i kilka innych wielkich rzek tworzą w Bengalu wielką ilość spławnych kanałów, podobnie jak Nil w Egipcie. We wschodnich prowincjach Chin szereg wielkich rzek tworzy również przez swe liczne rozgałęzienia mnóstwo kanałów, które przez łączenie się umożliwiają daleko rozleglejszą żeglugę wewnętrzną, niż żegluga na Nilu lub Gangesie lub może nawet na obu razem. Jest godne zaznaczenia, że ani starożytni Egipcjanie, ani Hindusi, ani też Chińczycy nie popierali handlu zewnętrznego, a zdaje się cały swój wielki dostatek zawdzięczali tej wewnętrznej żegludze. Wszystkie wewnętrzne części Afryki i ta cala część Azji, która leży w znacznej odległości na północ od morza Czarnego i morza Kaspijskiego, starożytna Scytja, nowożytna Tatarja i Syberja, były zdaje się we wszystkich epokach historji świata w tym samym barbarzyńskim i niecywilizowanym stanie, w jakim je obecnie widzimy. Morzem Tatarji jest ocean Lodowaty, niedostępny dla żeglugi, i chociaż kilka największych rzek świata przepływa przez ten kraj, są one jednak zbyt odległe od siebie, by mogły służyć handlowi i komunikacji znaczniejszej części tego kraju. W Afryce brak jest do wprowadzenia handlu morskiego do wewnętrznych części tego wielkiego kontynentu tak wielkich mórz śródlądowych jak Bałtyckie i Adrjatyckie w Europie, Śródziemne i Czarne w Europie i Azji, lub zatoka Arabska, Perska, Indyjska, Bengalska i Sjamska w Azji, a wielkie rzeki Afryki zbyt są odległe od siebie, by sprzyjać znaczniejszej żegludze wewnętrznej. Przytem handel, prowadzony przez jakiś naród na rzece, która nie dzieli się na liczne rozgałęzienia i kanały, i która, zanim dochodzi do morza, przepływa przez obce terytorjum, nie może nigdy być znaczny; narody bowiem, w których posiadaniu jest to terytorjum, mają zawsze możność przeszkodzić komunikacji między obszarem górnym rzeki i morzem. Bawarja, Austrja i Węgry małe mają korzyści z żeglugi po Dunaju w porównaniu z temi jakieby mieć mogły gdyby któreś z tych państw było w posiadaniu całego biegu tej rzeki aż do jej ujścia do morza Czarnego.
Wtedy jednak, gdy podział pracy dopiero powstawał, ta wymiana musiała być często utrudniona i tamowana w swych przejawach. Przypuśćmy, że jeden człowiek posiada pewnego dobra więcej, niż sam potrzebuje, gdy drugi ma go mniej. Pierwszy wobec tego rad by zbyć cześć tego nadmiaru, a drugi chetnie by go nabył. Gdy jednak ten ostatni nie posiada niczego, coby potrzebne było pierwszemu, żadna wymiana nie może miedzy nimi dojść do skutku. Rzeźnik posiada w swym sklepie więcej mięsa, niż sam może spożyć, a piwowar i piekarz chętnie nabyliby pewną cześć tego mięsa. Lecz nie mają nic do zaofiarowania na wymianę, prócz rozmaitych wyrobów swych rzemiosł, a rzeżnik jest już zaopatrzony we wszelkie pieczywo i piwo, jakich mu na razie potrzeba. W tym wypadku żadna wymiana nie może między nimi dojść do skutku. On nie może być ich dostawcą, ani oni jego klientami; i tak wszyscy trzej są sobie wzajemnie mało użyteczni. Aby uniknąć niedogodności takiego położenia, każdy rozumny człowiek wszelkich epok od czasu wprowadzenia podziału pracy musiał oczywiście dążyć do takiego pokierowania swoich interesów, aby każdego czasu oprócz swoistego wytworu swej własnej pracy posiadać jeszcze pewną ilość takiego towaru, o którym mógł sądzić, że prawdopodobnie mało kto odmówi przyjęcia go w zamian za produkt swej pracy.
Uznawano kolejno za takie i używano do tego celu prawdopodobnie wiele różnych dóbr. W pierwotnem społeczeństwie było podobno bydło powszechnym środkiem wymiany; i choć musiał to być środek nader niewygodny, jednak widzimy, że w dawnych czasach rzeczy często były oceniane według ilości sztuk bydła, jakie dawano w zamian za nie. Zbroja Diomedesa, mówi Homer, kosztuje tylko dziewięć wołów, Glaucusa zaś wołów sto. Sól jest pono powszechnym środkiem handlu i wymiany w Abisynji; pewien gatunek muszli w niektórych okolicach wybrzeża Indyj; suszony sztokfisz w Nowej Finlandji; tytoń w Wirginji; cukier w niektórych naszych zachodnio-indyjskich kolonjach; skóry surowe lub wyprawione w pewnych innych krajach; a w Szkocji istnieje jeszcze obecnie wieś, gdzie, jak mi mówiono, nie jest rzeczą niezwykłą, że robotnik przynosi do piekarni czy szynku gwoździe zamiast pieniędzy. W końcu jednak we wszystkich krajach ludzie byli, zdaje się, zniewoleni przez trudne do przezwyciężenia względy, dać dla tego celu pierwszeństwo metalom, przed wszelkiemi innemi towarami. Metale można nie tylko przechowywać z równie małą stratą jak każdy inny towar, rzadko który bowiem mniej się psuje niż one, lecz można także dzielić na dowolną ilość części, a te części łatwo znów przez topienie połączyć; jest to własność, jakiej nie posiada żaden inny równie trwały towar, a która więcej niż jakakolwiek inna czyni je właściwemi środkami handlu i obiegu. Człowiek, który np. chciał kupić soli, a nie miał nic innego na zamianę, jak bydło, bywał zmuszony kupować naraz soli o wartości całego wołu lub całej owcy. Rzadko był on w stanie kupić mniej, gdyż to, co dawał na zamianę, rzadko mogło być dzielone bez straty; gdy zaś chciał nabyć więcej, dla tych samych względów zmuszony bywał kupować podwójną lub potrójną ilość, odpowiednio do wartości dwóch lub trzech wołów albo dwóch lub trzech owiec. Kiedy zaś przeciwnie, zamiast owiec lub wołów, miał do oddania na zamianę kruszce, to z łatwością mógł ściśle przystosować ilość kruszcu do ilości towaru, której narazie potrzebował. Różne narody używały do tego celu różnych kruszców. Żelazo było powszechnym środkiem handlu u starożytnych Spartan; miedź u starożytnych Rzymian; a złoto i srebro u wszystkich bogatych i handlowych narodów.
Pierwotnie używano zdaje się do tego celu metali w sztabach, bez żadnego ich oznaczania lub wybijania na monety. I tak Plinjusz, powołując się na historyka starotności Timaeusa, powiada, że aż do czasu Serwjusza Tuljusza Rzymianie nie bili monet, lecz używali nieznaczonych sztab miedzi do kupowania wszystkiego, czego im było potrzeba. Te sztaby surowca spełniały więc w owym czasie funkcję pieniędzy.
Używanie metali w tym surowym stanie połączone było z dwiema poważnemi niedogodnościami; po pierwsze, z kłopotem ważenia, po drugie, z kłopotem robienia próby. Przy szlachetnych metalach, gdzie mała różnica w ilości stanowi wielką różnicę wartości, już samo ważenie z należną ścisłością wymaga co najmniej nader dokładnych wag i odważników. Zwłaszcza ważenie złota jest czynnością bardzo trudną. Ważenie pospolitszych metali, przy którem drobna omyłka miałaby niewielkie znaczenie, wymagałoby, co prawda, mniejszej dokładności. Byłoby jednakże nadzwyczaj kłopotliwe, gdyby biedny człowiek za każdym razem, chcąc kupić lub sprzedać coś za grosz, musiał odważać ten grosz. Dokonywanie próby jest jeszcze trudniejsze, jeszcze nudniejsze, a wszelkie wnioski są nadzwyczaj niepewne, jak długo część metalu nie jest należycie stopioną w tyglu z właściwemi odczynnikami. Jednakże, przed wprowadzeniem bitej monety ludzie, o ile nie przeprowadzali tej nudnej i trudnej czynności zawsze byli narażeni na największe oszukaństwa i podejścia i, zamiast funta czystego srebra lub czystej miedzi/ mogli otrzymać w zamian za swe dobra sfałszowaną mieszaninę z najpośledniejszych i najtańszych materjałów, która swym zewnętrznym wyglądem naśladowała tamte metale. Aby zapobiec takim nadużyciom, ułatwić wymianę i dać przez to poparcie wszelkiego rodzaju rzemiosłom i handlowi, we wszystkich krajach, które poczyniły znaczne postępy na drodze rozwoju, uznano za konieczne, zaopatrzyć w stempel publiczny pewne ilości tych metali, jakich zwykle używano w tych krajach przy zakupie dóbr. Takie jest pochodzenie bitej monety i instytucji dobra publicznego, zwanej mennicą, instytucji ściśle tej samej natury, co urzędy probiercze i stemplowe dla tkanin wełnianych i płóciennych. Wszystkie one mają na równi na celu zabezpieczenie za pomocą publicznego stempla ilości oraz jednolitej dobroci różnych towarów, pojawiających się na rynku.
Pierwsze tego rodzaju publiczne stemple, wybijane na metalach będących w obiegu, miały zdaje się przeważnie na celu gwarancję tego, co było najtrudniejsze do zabezpieczenia i zarazem najważniejsze, mianowicie dobroci i czystości metalu, i były podobne do znaku sterlinga, wybijanego obecnie na naczyniach i sztabach srebrnych, lub do znaku hiszpańskiego, wybijanego niekiedy na sztabkach złota, i które, umieszczane tylko na jednej stronie metalu i nie pokrywając całej jego powierzchni, zabezpieczają wprawdzie czystość, ale nie wagę metalu. Abraham odważa Ephronowi 400 syklów srebra, które zgodził się mu wypłacić za pole Machpelah. Chociaż mowa jest o monecie mającej obieg w handlu, pobierano ją jednak według wagi, a nie według liczby, podobnie jak to i obecnie się dzieje z sztabkami złota i srebra. Dochody starożytnych królów saksońskich Anglji wypłacane były podobno nie w pieniądzach, lecz w naturze, t. j. w żywności i zapasach wszelkiego rodzaju. Wilhelm Zdobywca wprowadził zwyczaj płacenia ich pieniędzmi. Pieniądze te pobierano jednak przez długi czas w skarbie według wagi, a nie według liczby.
Ta niedogodność i trudność dokładnego ważenia tych metali były bodźcem do sporządzania monet, na których stempel, pokrywając całkowicie obie strony sztuki, a niekiedy i otok, dawał rękojmię nie tylko czystości lecz i wagi metalu. Takie przeto monety przyjmowano aż po nasze czasy według liczby, nie mając kłopotu ważenia.
Pierwotnie, nazwy owych monet wyrażały wagę lub ilość zawartego w nich metalu. Za czasów Serwjusza Tuljusza, który zaczął pierwszy bić pieniądze w Rzymie, rzymski As czyli Pondo zawierał rzymski funt dobrej miedzi. Dzielił się on, podobnie jak nasz funt troyeski, na dwanaście Uncyj, z których każda zawierała pełną uncję dobrej miedzi. Angielski Funt sterling za czasów Edwarda I zawierał funt srebra wagi towerskiej, o ustalonej czystości. Funt towerski był zdaje się nieco większy, niż funt rzymski, a nieco mniejszy, niż funt troyeski. Ten ostatni wprowadzono w mennicy angielskiej dopiero w 18-tym roku panowania Henryka VIII. Liwr francuski zawierał w czasach Karola Wielkiego funt srebra wagi troyeskiej, o ustalonej czystości. Jarmark w Troyes, w Szampanji, odwiedzały w owym czasie wszystkie narody Europy, a wagi i miary tak słynnego rynku były powszechnie znane i uznawane. Szkocki Funt - moneta zawierał od czasów Aleksandra I aż po czasy Roberta Bruce'a funt srebra tej samej wagi i czystości, co angielski Funt sterling. Angielskie, francuskie i szkockie Pensy zawierały pierwotnie również pełną wagę pensową srebra, dwudziestą cześć uncji i dwustoczterdziestą część funta. I Szyling był zdaje się pierwotnie również nazwą wagi. Jeżeli kwartet pszenicy kosztuje dwanaście Szylingów, powiada starożytny statut Henryka, to bułka groszowa powinna ważyć jedenaście szylingów i cztery pensy. Jednakże stosunek między Szylingiem i Pensem z jednej strony, a Szylingiem i Funtem z drugiej nie był, zdaje się, tak stałym i równym, jak między Pensem i Funtem. Za pierwszej dynastji królów we Francji, francuski Sou czyli Szyling zawierał, zdaje się, zależnie od okoliczności 5, 12 i 40 Pensów. U starożytnych Saksonów Szyling zawierał w pewnym okresie tylko 5 Pensów i był u nich prawdopodobnie równie zmiennym, jak u ich sąsiadów, starożytnych Franków. Stosunek pomiędzy Funtem, Szylingiem i Pensem we Francji od czasów Karola Wielkiego i w Anglji od czasów Wilhelma Zdobywcy był, zdaje się, stale ten sam co obecnie, choć wartość każdego była bardzo różna. Sądzę bowiem, że we wszystkich krajach świata skąpstwo i niesprawiedliwość książąt i władców suwerennych, nadużywających zaufania swych poddanych, zmniejszyły stopniowo rzeczywistą ilość metalu, zawartego początkowo w monetach. Rzymski As w ostatnich czasach republiki był zredukowany do 24-tej części swej pierwotnej wartości i zamiast ważyć funt, ważył tylko pół uncji. Angielski Funt i Pens zawierają obecnie mniej więcej tylko trzecią część, Szkocki Funt i Pens mniej więcej 36-tą część, a francuski Funt i Pens około 66-tej części swej pierwotnej wartości, Przy pomocy takich zabiegów książęta i państwa suwerenne osiągały możność pozornego spłacania swych długów i zobowiązań mniejszą ilością srebra, niż byłaby w innym razie potrzebna. W istocie rzeczy był to tylko pozór; ich wierzyciele byli bowiem w rzeczywistości pozbawieni części tego, co im się należało. Wszystkim innym dłużnikom w państwie przysługiwał ten sam przywilej, i mogli wszystko, co pożyczyli w starej monecie, spłacać tą samą nominalną sumą nowych i uszczuplonych monet. Takie zabiegi okazały się więc zawsze korzystne dla dłużnika a zgubne dla wierzyciela, i sprawiały nieraz w fortunach jednostek prywatnych większy i powszechniejszy przewrót, niżby go sprawić mogła bardzo wielka klęska publiczna.
W taki to sposób pieniądz stał się u wszystkich cywilizowanych narodów powszechnym środkiem handlu, za pośrednictwem którego kupuje się i sprzedaje lub wymienia jedne za drugie dobra wszelkiego rodzaju.
Chcę obecnie rozważyć, jakiemi zasadami kierują się ludzie przy wymianie dóbr za pieniądze lub za inne dobra. Te zasady określają to, co można nazwać względną lub zamienną wartością dóbr.
Wyraz wartość, należy to zaznaczyć, posiada dwa różne znaczenia: niekiedy wyraża użyteczność pewnego przedmiotu, niekiedy zaś możność nabycia innych dóbr, jaką daje posiadanie tego przedmiotu. Jedną możemy nazwać „wartością użytkową", drugą - „wartością zamienną". Przedmioty, posiadające najwyższą wartość użytkową, mają częstokroć nader nieznaczną wartość zamienną, lub też wcale jej nie posiadają; i odwrotnie, przedmioty, posiadające najwyższą wartość zamienną, mają częstokroć nader małą wartość użytkową, lub też wcale jej nie posiadają. Niema chyba nic użyteczniejszego nad wodę, a jednak niczego za nią nabyć nie można: żadnej rzeczy nie można otrzymać w zamian za nią. Brylant, przeciwnie, nie posiada żadnej wartości użytkowej, a jednak można częstokroć otrzymać zań przy wymianie nader znaczną ilość innych dóbr.
W celu zbadania zasad, rządzących wartością zamienną dóbr, postaram się wykazać:
po pierwsze, co jest rzeczywistym miernikiem tej wartości zamiennej, czyli co stanowi rzeczywistą cenę wszystkich dóbr;
po drugie, z jakich poszczególnych części składa się czyli tworzy owa cena rzeczywista;
po trzecie wreszcie, wskutek jakich okoliczności pewne lub wszystkie części składowe ceny podnoszą się powyżej lub spadają poniżej swego poziomu naturalnego czyli zwykłego, albo też, jakie przyczyny stają niekiedy na przeszkodzie temu, by cena rynkowa, t. zn. faktyczna cena dóbr, zgodna była ściśle z tern, co można nazwać ich ceną naturalną.
Te trzy punkty postaram się wyświetlić możliwie dokładnie i jasno w trzech rozdziałach następnych, co do których upraszam czytelnika o cierpliwość i uwagę: o cierpliwość, by chciał wnikać w szczegóły, które tu i ówdzie wydać się mogą zbytnio nużące; o uwagę, by zechciał uchwycić to, co mimo wszelkich z mej strony wysiłków, aby być zrozumiałym, może pozostać do pewnego stopnia niejasne. Gotów jestem zawsze narazić się na zarzut rozwlekłości, byle tylko mieć pewność, że wyrażam się jasno; a przecież, przy całem możliwem staraniu o jasność, nie jestem pewny, czy nie pozostanie jakaś niezrozumiałość w przedmiocie, który już z natury swej jest niezmiernie oderwany.
Rzeczywistą cenę każdego przedmiotu, to, co istotnie kosztuje osobę pragnącą go otrzymać, stanowi wysiłek i trud, potrzebny do jego zdobycia. Dla człowieka, który przedmiot nabył i który chce go zbyć lub wymienić na coś innego, rzeczywistą wartością tego przedmiotu jest wysiłek i trud, których mu on zaoszczędza, pozwalając zrzucić je na innych ludzi. To, co nabywa się za pieniądze lub za inne dobra, jest tak samo rezultatem pracy, jak to, co osiąga się wysiłkiem własnego ciała. Owe pieniądze lub dobra zaoszczędzają nam faktycznie tego wysiłku. Zawierają one wartość określonej ilości pracy, którą wymieniamy za coś, o czem w danym razie sądzimy, że zawiera wartość równej ilości pracy. Praca była pierwszą ceną, pierwotnym pieniądzem nabywcy, uiszczanym za wszelkie przedmioty. Nie za złoto i srebro, lecz za pracę zostały pierwotnie nabyte wszelkie bogactwa świata, wartość zaś ich dla tego, kto je posiada i chce wymienić za nowe jakieś wyroby, równa się ściśle ilości pracy, jaką bogactwa te pozwalają mu nabyć lub jaką rozporządzać. Bogactwo, mówi Hobbes, to władza. Lecz osoba, która zdobyła lub odziedziczyła wielki majątek, niekoniecznie zdobywa lub dziedziczy przez to jakąś władzę polityczną, cywilną lub wojskową. Majątek dostarczy jej może środków do zdobycia jednej i drugiej, samo jednak posiadanie tego majątku niekoniecznie ją nadaje. Władza, jaką to posiadanie natychmiast i bezpośrednio nadaje - to prawo nabywania, pewnego rodzaju władza nad wszelką pracą lub wszelkim wytworem pracy, znajdującym się właśnie na rynku. Majątek danej osoby bywa większy lub mniejszy ściśle w stosunku do rozmiarów tej władzy, czyli w stosunku do tej ilości czy. to pracy innych osób czy, co na jedno wychodzi, wytworu pracy innych osób, jaką dzięki owemu majątkowi można nabyć lub jaką można rozporządzać. Wartość zamienna każdej rzeczy musi zawsze być ściśle równa rozmiarom tej władzy, jaką dana rzecz zapewnia właścicielowi.
Chociaż jednak praca stanowi rzeczywisty miernik wartości zamiennej wszelkich dóbr, wszelako nie według niej szacujemy zazwyczaj ich wartość. Częstokroć trudno ustalić stosunek między dwiema różnemi ilościami pracy. Sam czas, spędzony przy dwóch różnych rodzajach pracy, nie zawsze wystarcza do określenia tego stosunku. Trzeba również uwzględnić różny stopień ponoszonego przy tern trudu i zastosowanych uzdolnień. Jedna godzina ciężkiej jakiejś roboty zawierać może więcej pracy, niż dwie godziny lekkiego zatrudnienia; albo znów godzina spędzona przy robocie, której wyuczenie się wymaga dziesięciu lat, więcej zawiera pracy, niż miesiąc wysiłku w zwyczajnem, pospolitem jakiemś zajęciu. Trudno jednakże znaleźć ścisły miernik tak dla trudu, jak dla uzdolnień. Wymieniając wzajemnie wytwory różnych rodzajów pracy, uwzględnia się przecie do pewnego stopnia jedno i drugie. Normuje się to wszakże nie zapomocą ścisłej jakiejś miary, lecz drogą przetargów rynkowych, zgodnie zresztą z owem prymitywnem wyrównywaniem różnic, które, aczkolwiek nieścisłe, wystarcza przecież w sprawach powszedniego życia.
Pozatem wszelkie dobro częściej wymieniamy, więc i porównywujemy z innemi dobrami, niż z pracą. Prościej jest przeto oceniać wartość zamienną każdego dobra nie według ilości pracy, którą nabyć za nie można lecz według ilości jakiegoś innego dobra. Większość ludzi pojmuje również lepiej, co oznacza pewna ilość jakiegoś dobra, niż co oznacza pewna ilość pracy. Jedno jest zwykłym, dotykalnym przedmiotem, drugie jest pojęciem oderwanem, które, choć zrozumiałe, nie będzie wszakże nigdy tak proste i oczywiste. Odkąd jednak ustała bezpośrednia wymiana towarów, a pieniądz stał się powszechnym środkiem handlu, częściej wymieniamy dobro na pieniądze, niż na inne dobro. Rzeźnik rzadko zanosi swoją wołowinę lub skopowinę do piekarza czy piwowara, by wymienić je na chleb lub piwo; niesie je na targ, by wymienić je na pieniądze, poczem pieniądze te wymienia na chleb i piwo. Dość otrzymanych za to pieniędzy określa też ilość chleba i piwa, które może potem nabyć. Naturalniejsze jest przeto i prostsze dla rzeźnika, oceniać wartość mięsa według ilości pieniędzy, czyli tego towaru, na który je bezpośrednio wymienia, niż według ilości chleba i piwa - dóbr, na które może je wymienić jedynie za pośrednictwem drugiego dobra; i wygodniej mu powiedzieć, że funt mięsa ma wartość trzech czy czterech pensów, niż trzech czy czterech funtów chleba, albo trzech czy czterech kwart piwa owsianego. Stąd pochodzi, iż wartość zamienną każdego dobra oceniamy raczej według ilości pieniędzy, niż według ilości czy to pracy, czy jakiegoś innego dobra, otrzymywanego w zamian za nie.
Złoto i srebro atoli, jak wszystkie inne dobra, podlegają zmianom wartości, bywają raz tańsze, raz droższe, raz łatwiej, drugi raz trudniej je nabyć. Ilość pracy, jaką można nabyć lub jaką można rozporządzać w zamian za pewną ilość złota czy srebra, albo też ilość innych dóbr, na jakie można ją wymienić, zależy zawsze od wydajności lub ubóstwa kopalń, znanych w tym czasie, gdy owe wymiany są dokonywane.
Odkrycie bogatych kopalń w Ameryce, w XVI stuleciu, obniżyło wartość złota i srebra w Europie do jakiej trzeciej części ich poprzedniej wartości. Ponieważ dostarczenie tych kruszców z kopalni na rynek kosztowało mniej pracy niż dotąd, przeto, gdy się pojawiły, można było za nie nabyć lub otrzymać w rozporządzenie również tylko mniejszą ilość pracy; a ten przewrót w ich wartości, choć może największy, nie był jednak jedynym, o jakim wspominają dzieje. Ale podobnie jak miary w rodzaju naturalnej stopy, ramienia lub garści, które same są zmienne, nie mogą nigdy stanowić dokładnej miary dla wielkości innych rzeczy, tak i dobro, które wciąż podlega zmianom co do własnej wartości, nie może stanowić dokładnej miary dla wartości innych dóbr. O równych ilościach pracy można powiedzieć, że zawsze i wszędzie stanowią dla robotnika równe wartości. Przy zwykłym stanie swego zdrowia, sił i usposobienia, przy zwykłym stopniu swej sprawności i zręczności, robotnik musi zawsze poświęcić tę samą ilość swych wygód, swej swobody i swej szczęśliwości. Cena, którą płaci, pozostać musi tą samą, bez względu na ilość dóbr, jaką w zamian otrzymuje. Tych może, co prawda, nabywać raz więcej, raz mniej; ale wówczas zmienną jest wartość tych dóbr, nie zaś pracy, za którą je nabywa. Zawsze i wszędzie drogie jest to, co trudno jest uzyskać czyli, czego zdobycie wymaga wiele pracy, tanie zaś jest to, co można mieć łatwo czyli przy nieznacznej pracy. Tak więc jedynie praca, jako nigdy nie wahająca się w swej wartości, stanowi wyłącznie ostateczny i rzeczywisty miernik, według którego oceniać i porównywać można wartość wszelkich dóbr w każdym czasie i na każdem miejscu. Ona jest ich ceną rzeczywistą; pieniądze stanowią jedynie ich cenę nominalną.
Chociaż dla robotnika równe ilości pracy mają zawsze jednakową wartość, to przecież dla osoby zatrudniającej go zdają się mieć raz większą, raz mniejszą wartość. Nabywa on je to za większą, to za mniejszą ilość dóbr, wydaje mu się więc, że cena pracy waha się tak samo, jak cena wszelkich innych rzeczy. Raz wydaje mu się drogą, kiedy indziej tanią. W rzeczywistości jednak nie praca, ale te dobra są w jednym wypadku tanie, w drugim drogie.
W tern przeto pospolitem znaczeniu można twierdzić, że praca na równi z innemi towarami posiada cenę rzeczywistą i nominalną. Można powiedzieć, że jej cena rzeczywista polega na ilości przedmiotów potrzebnych i udogodnień życiowych, dawanych w zamian za nią, cena zaś nominalna - na ilości pieniędzy. Robotnik jest bogaty lub ubogi, dobrze lub źle wynagradzany, stosownie do rzeczywistej, nie zaś do nominalnej ceny swojej pracy.
Rozróżnianie rzeczywistej i nominalnej ceny dóbr i pracy stanowi nie tylko przedmiot spekulacji myślowej, lecz może niekiedy mieć wielkie znaczenie w życiu praktycznem. Jednakowa cena rzeczywista przedstawia zawsze jednakową wartość; natomiast z powodu zmian zachodzących w wartości złota i srebra, ta sama cena nominalna przedstawia niekiedy bardzo różne wartości. To też przy sprzedaży majątku ziemskiego z zastrzeżeniem renty wieczystej, rodzina, na której korzyść zastrzeżenie to uczyniono, jeżeli ma otrzymywać rentę zawsze tej samej wartości, powinna postarać się, by renty tej nie stanowiła pewna określona suma pieniędzy. Wartość jej podlegałaby w tym wypadku podwójnym zmianom: raz przez to, że jedna i ta sama moneta w różnych czasach zawierać może różne ilości złota i srebra, a po drugie stąd, że jednakowe ilości złota i srebra w różnych czasach stanowią różne wartości. Książęta i władcy suwerenni niejednokrotnie sądzili, jakoby ich chwilowy interes wymagał uszczuplenia ilości czystego kruszcu, zawartego w monetach; bardzo zaś rzadko przypuszczali, że wymaga on jej zwiększenia. To też ilość kruszcu, zawartego w monetach, obniżała się, jak sądzę, niemal ustawicznie u wszystkich narodów cywilizowanych, a nigdy prawie się nie podniosła. Prawie zawsze więc zmiany takie sprowadzały obniżenie wartości renty pieniężną.
[....]
Tak więc jest rzeczą oczywistą, że praca stanowi zarówno jedyny powszechny jak i jedyny dokładny miernik wartości czyli jedyny sprawdzian, przy pomocy którego możemy porównywać ze sobą wartości różnych dóbr w różnym czasie i w rożnem miejscu. Uznaliśmy, że nie możemy oceniać rzeczywistej wartości różnych dóbr, od jednego stulecia do drugiego, według ilości srebra, jakie się za nie płaci. Nie możemy jej oceniać z roku na rok według ilości zboża. Ale przy pomocy ilości pracy możemy jak najdokładniej oceniać ją zarówno ze stulecia na stulecie, jak i z roku na rok. Ze stulecia na stulecie zboże stanowi lepszy miernik niż srebro gdyż poprzez stulecia jednakowe ilości zboża bardziej są zdolne rozporządzać temi samemi ilościami pracy, niźli równe ilości srebra. Przeciwnie, z roku na rok srebro jest lepszym miernikiem niż zboże, gdyż jednakowe jego ilości bardziej są zdolne rozporządzać tą samą ilością pracy.
[...]
O ile jeden rodzaj pracy jest cięższy od drugiego, przyznaje się oczywiście pewne odszkodowanie za większy trud; wymienia się niekiedy wytwór jednogodzinnej pracy jednego rodzaju za dwugodzinny wytwór pracy drugiego rodzaju.
O ile znów pewien rodzaj pracy wymaga nieprzeciętnego stopnia zręczności lub inteligencji, szacunek przyznawany tym uzdolnieniom powoduje, że ich wytworom nadaje się oczywiście wyższą wartość, niżby z poświęconego czasu wypadało. Uzdolnienia takie zdobywa się najczęściej przez długą wprawę, to też wyższa wartość ich wytworów częstokroć nie jest niczem innem, jeno słusznem odszkodowaniem za czas i pracę, które zużyto na ich zdobycie. Na wyższych szczeblach rozwoju społeczeństwa odszkodowania takie za większy trud i większą umiejętność mieszczą się zazwyczaj w płacach roboczych; coś podobnego musiało prawdopodobnie także istnieć w najwcześniejszych i najprymitywniejszych epokach.
Przy tym stanie rzeczy całkowity wytwór pracy należy do robotnika, a ilość pracy, zużywanej pospolicie na uzyskanie czy wyprodukowanie pewnego dobra, stanowi jedyną okoliczność, wskazującą ilość pracy, jaką za owe dobro zazwyczaj można nabyć, otrzymać do rozporządzenia lub otrzymać na zamianę.
Po nagromadzeniu się kapitałów w rękach oddzielnych jednostek niektóre z nich oczywiście zastosują je przez zatrudnienie ludzi pracowitych, którym dostarczają materjałów i środków żywności, aby ciągnąć zyski ze sprzedaży ich wytworów, czyli z tego, co ich praca dorzuca do wartości materjałów. Przy wymianie gotowych wyrobów przemysłu czy to na pieniądze, czy na pracę, czy wreszcie na inne dobra, trzeba dać ponad to, co wystarcza na opłacenie ceny materjałów i płacy robotnika, jeszcze coś na zysk dla przedsiębiorcy robót, który zaryzykował w tern przedsięwzięciu swoje kapitały. Wartość przeto, jaką robotnik dorzuca do materjałów, rozpada się w tym wypadku na dwie części, z których jedna pokrywa jego płacę, druga zaś zyski pracodawcy od całej sumy wyłożonej przezeń na materjały i płace. Nie miałby on żadnego interesu w zatrudnianiu robotników, gdyby nie spodziewał się, iż ze sprzedaży ich roboty osiągnie coś ponad zwrot swojego kapitału; nie miałby on też żadnego interesu w tern, by zastosować raczej wieksze niż mniejsze kapitały, gdyby zyski jego nie wzrastały w stosunku do rozmiarów tych kapitałów.
Mógłby ktoś sądzić, że zyski z kapitału są tylko inną nazwą dla płacy za odrębny rodzaj pracy, za pracę nadzoru i kierownictwa. Są one jednak czemś zupełnie innem, rządzą się zupełnie odrębnemi prawami i nie pozostają w żadnym stosunku do ilości, uciążliwości i pomysłowości owej rzekomej pracy nadzorczej i kierowniczej. Zyski te zależą zawsze od wartości wyłożonego kapitału i są większe lub mniejsze stosownie do jego rozmiarów. Przypuśćmy na przykład, iż w pewnej określonej miejscowości, w której normalny zysk roczny od kapitałów przemysłowych wynosi dziesięć od sta, istnieją dwie rozmaite rękodzielnie, i że każda zatrudnia po dwudziestu robotników z płacą roczną po piętnaście funtów sterlingów, czyli kosztem trzystu funtów rocznie w każdej. Przypuśćmy dalej, że zwyczajne materjały, przerabiane w jednej z nich, kosztują rocznie zaledwie siedemset funtów, podczas gdy przedniejsze materjały w drugiej rękodzielru kosztują siedem tysięcy. W tym wypadku kapitał stosowany w ciągu roku w pierwszej rękodzielni wynosi tylko tysiąc funtów, w drugiej zaś wynosić będzie siedem tysięcy trzysta funtów. Licząc przeto po dziesięć od sta, pierwszy przedsiębiorca przewiduje roczny zysk swój w wysokości mniej więcej stu funtów, drugi zaś siedmiuset trzydziestu funtów. Ale mimo że zyski ich tak są różne, praca nadzorcza i kierownicza może być w obu wypadkach zupełnie lub w przybliżeniu jednakową. W wielu wielkich fabrykach cała praca tego rodzaju powierzana bywa jednemu zwierzchniemu urzędnikowi. Płaca jego przedstawia właściwie wartość owej pracy nadzorczej i kierowniczej. Wprawdzie przy określaniu tej płacy uwzględnia się zazwyczaj nie tylko pracę i umiejętność danej osoby, lecz również pokładane w niej zaufanie, nigdy jednak płaca ta nie pozostaje w określonym stosunku do kapitału, którym on zarządza; natomiast właściciel kapitału, choć zwolniony jest niemal zupełnie od wszelkiej pracy, spodziewa się przecież, iż zyski jego stać będą w określonym stosunku do jego kapitału. Tak więc w cenie dóbr zysk z kapitału stanowi część składową, zupełnie różną od płacy roboczej i zależną od zupełnie odmiennych praw.
W tym stanie rzeczy nie zawsze cały wytwór pracy należy do robotnika. W większości wypadków musi się on nim dzielić z zatrudniającym go właścicielem kapitału. Nadto ilość pracy, potrzebna pospolicie na zdobycie lub wytworzenie pewnego dobra, nie jest jedyną okolicznością, decydującą o tej ilości, jaką za dane dobro można otrzymać, jaką ono rozporządza lub za jaką je wymieniamy. Oczywistem jest, że pewna dodatkowa ilość musi być doliczona jako zysk dla kapitału, wyłożonego na płace robocze i na zakup materjałów.
Po przejściu całej ziemi w kraju na własność prywatną, właściciele jej, tak jak wszyscy inni ludzie, pragną zbierać, czego nie posiali, i żądają renty nawet za przyrodzony wytwór ziemi. Dopóki ziemia była wspólną, drzewo z lasu, trawa z łąki, wszystkie przyrodzone płody ziemi kosztowały robotnika tylko trud ich zebrania, obecnie i dla niego mają one pewną dodatkową cenę. Musi odtąd płacić za prawo zbioru: musi oddawać właścicielowi ziemi część tego, co własną pracą zbiera lub wytwarza. Ta część czyli, co na jedno wychodzi, cena tej części stanowi rentę gruntową i sta, nowi trzecią składową część w cenie większości dóbr. Zaznaczyć należy, że rzeczywista wartość wszystkich części składowych ceny mierzy się ilością pracy którą każda z nich może nabyć, lub którą może rozporządzać. Pracą określa się nie tylko ta część ceny, która się sama z pracą pokrywa, ale również ta część, która się pokrywa z rentą, jak i ta, która się pokrywa z zyskiem.
W każdem społeczeństwie cena każdego dobra pokrywa się ostatecznie z jedną z tych części składowych lub z wszystkiemi trzema razem; w każdem zaś rozwiniętem społeczeństwie wszystkie trzy w mniejszym lub większym stopniu wchodzą w skład ceny ogromnej większości dóbr.
W cenie zboża, naprzykład, jedna część opłaca rentę właściciela ziemi, druga - płace robocze lub utrzymanie najemników i sprzężaju, używanego przy produkcji, trzecia zaś - zyski dzierżawcy. Te trzy części, bądź bezpośrednio bądź pośrednio składają się na całą cenę zboża. Mógłby kto sądzić, że potrzeba jeszcze części czwartej, dla odnowienia kapitału dzierżawcy czyli dla odszkodowania za zużycie się sprzężaju i innych narzędzi gospodarczych. Trzeba jednak pamiętać, że cena każdego narzędzia gospodarczego, takiego np. jak koń roboczy, sama składa się z takich samych trzech części: z renty za ziemię, która go wyhodowała, z pracy nad chowem i dozorem i z zysków dzierżawcy, który wyłożył z góry i rentę za ziemię i płacę za tę pracę. Chociaż więc cena zboża pokrywa zarówno cenę jak i koszt utrzymania konia, to przecież cała ta cena, bądź bezpośrednio, bądź ostatecznie rozpada się na też same trzy części: rentę, pracę i zysk.
Przy cenie mąki i kaszy dodać trzeba do ceny zboża zyski młynarza i płace jego pracowników; przy cenie chleba - zyski piekarza i płace jego pracowników; przy obu zaś cenach - pracę przewiezienia zboża od rolnika do młynarza i od młynarza do piekarza, jako też zyski tych, którzy z góry wykładają płacę za te prace.
Cena lnu rozpada się na też same trzy części, co cena zboża. Przy cenie płótna dodać musimy do niej zarobki tych, którzy len międlą, przędą, tkają, bielą i t. d. wraz z zyskami odnośnych pracodawców.
Im więcej pewne dobro wymaga pracy przetwórczej, tym większa część ceny przypada na płace i zyski w porównaniu z tą, która przypada na rentę. Wraz z postępem pracy przetwórczej zwiększa się nie tylko mnogość zysków, ale też każdy zysk następny jest większy od poprzedniego, gdyż kapitał, z którego płynie, musi być coraz większy. Tak np. kapitał, zatrudniający tkaczy, musi być większy od kapitału, zatrudniającego przędzalników, nie tylko bowiem zastępuje tamten kapitał wraz z jego zyskami, ale poza tern pokrywa jeszcze płace tkaczy; zyski zaś zawsze muszą pozostawać w pewnym stosunku do kapitału.
Jednak i w najbardziej rozwiniętych społeczeństwach istnieje zawsze pewna liczba dóbr, których cena składa się tylko z dwóch części: z płac roboczych i zysków z kapitału, oraz jeszcze mniejsza liczba takich, których cenę stanowi sama tylko płaca robocza. W cenie ryb morskich, na przykład, jedna część pokrywa pracę rybaków, druga zyski z kapitału włożonego w rybołówstwo. Renta bardzo rzadko wchodzi w cenę tych ryb, choć zdarza się to niekiedy, jak wykażę poniżej. Inaczej dzieje się w rybołówstwie rzecznem, przynajmniej w większej części Europy. Połów łososi opłaca rentę, a renta ta, chód trudno ją nazwać gruntową, stanowi część ceny łososia obok płac roboczych i zysków. W pewnych okolicach Szkocji garstka biedaków zajmuje się zbieraniem na wybrzeżu morskiem różnobarwnych kamyków, znanych powszechnie pod nazwą krzemyków szkockich. Cena, jaką im za nie płaci szlifierz, stanowi tylko płacę za ich pracę; nie wchodzą w nią ani renta ani zysk.
Wszakże cena całkowita każdego dobra składać się musi ostatecznie z tej lub innej, albo ze wszystkich trzech części powyższych, a to, co pozostaje po pokryciu renty gruntowej oraz ceny całej pracy, włożonej w hodowlę, przeróbkę i sprowadzenie dobra na rynek musi stanowić czyjś zysk.
Tak jak cena lub wartość wymienna każdego dobra wzięta oddzielnie, pokrywa się z tą lub tamtą, albo z wszystkiemi trzema składnikami, tak i cena wszystkich dóbr, stanowiących całkowity roczny wytwór pracy jakiegoś kraju, a wziętych jako całość, musi również składać się z tych samych trzech części i dzielić się między różnych mieszkańców kraju bądź jako płace za ich pracę, bądź to jako zyski z ich kapitału, bądź też jako renta za ich ziemie. Wszystko, co praca jakiegoś społeczeństwa w ciągu roku zbiera lub wytwarza czyli, co na jedno wychodzi, całkowita cena tego, rozdzielane bywa pierwotnie między poszczególnych członków tego społeczeństwa. Wynagrodzenie za pracę, zysk i renta stanowią trzy pierwotne źródła zarówno wszelkiego dochodu, jak i wszelkiej wartości zamiennej. Każdy inny dochód płynie ostatecznie z jednego lub drugiego z tych źródeł.
Kto dochód swój ciągnie z czegoś, co jest jego własnością, musi go pobierać bądź ze swej pracy, bądź ze swego kapitału, bądź też ze swej ziemi. Dochód pochodzący z pracy nazywa się płacą. Dochód, który ktoś ciągnie z kapitału, którym zarządza lub obraca, nazywa się zyskiem. To, co ktoś pobiera za kapitał, którego sam nie użytkuje, lecz innemu pożycza, nazywa się procentem. Jest to wynagrodzenie, jakie pożyczający płaci udzielającemu pożyczki za zysk, który może osiągnąć przez użycie tych pieniędzy. Część tego zysku przypada oczywiście pożyczającemu, który ponosi ryzyko i trud użycia kapitału; druga zaś część przypada udzielającemu pożyczki, który daje możność osiągnięcia tego zysku. Procent pieniężny jest zawsze dochodem pochodnym, który, o ile nie jest płacony z zysku osiągniętego z użytkowania pieniędzy, musi być opłacany z innego źródła dochodów, chyba że pożyczający jest marnotrawcą, który zaciąga drugi dług na opłacenie procentu za pierwszy. Dochód, pochodzący jedynie z ziemi, nazywa się rentą i należy się posiadaczowi ziemi. Dochód dzierżawcy pochodzi po części z jego pracy, po części z jego kapitału. Dla niego ziemia jest tylko środkiem, który mu umożliwia osiągnąć płacę za swą pracę i zysk ze swego kapitału. Wszystkie podatki i wszystkie na nich oparte dochody, wszystkie uposażenia, emerytury i pobory roczne wszelkiego rodzaju pochodzą w ostatniej linji z jednego lub drugiego z tych trzech pierwotnych źródeł dochodu i płyną pośrednio lub bezpośrednio z płacy roboczej, z zysków od kapitału, lub z renty gruntowej. Gdy te trzy różne rodzaje dochodów należą do różnych osób, dają się one łatwo rozróżnić; gdy jednak należą do jednej osoby, bywają niekiedy brane jedne za drugie, przynajmniej w potocznej mowie.
Posiadacz ziemski, który na części swej posiadłości sam gospodaruje, po opłaceniu kosztów uprawy musiałby otrzymywać zarówno rentę właściciela jak i zysk dzierżawcy. Może on jednak cały dochód nazwać zyskiem i miesza wtedy, przynajmniej w mowie potocznej, rentę i zysk. Większość naszych północno-amerykańskich i zachodnio-indyjskich plantatorów jest w takiej sytuacji. Po większej części sami uprawiają swe grunty, i wskutek tego rzadko słyszymy o rencie z plantacyj, a natomiast często o zysku z nich.
Zwykli dzierżawcy rzadko kiedy zatrudniają nadzorcę dla kierowania najważniejszemi sprawami gospodarstwa. Naogół wykonywują też znaczną część pracy własnemi rękami jak orka, bronowanie i t. d. To więc, co im pozostaje ze zbioru po opłaceniu renty, musi im nie tylko wrócić ich kapitał, wyłożony na uprawę, wraz ze zwyczajnym zyskiem, lecz także opłacić zarobek, należny im jako robotnikom i jako nadzorcom. Mimo to nazywają to, co im pozostaje po opłaceniu renty i zwrocie kapitału, zyskiem, chociaż jasnem jest, że część tego stanowi płaca robocza. Jeżeli dzierżawca zaoszczędza płacę, to musi ją z konieczności sam otrzymać. W tym więc przypadku miesza się płace z zyskiem. Niezależny rzemieślnik, który posiada dość kapitału, aby zakupić materjały i utrzymać się do czasu, kiedy będzie mógł wytwór swej pracy zawieźć na rynek, powinien osiągnąć zarówno płacę czeladnika, pracującego u majstra, jak i zysk majstra ze sprzedaży roboty czeladnika. Mimo to cały jego dochód nazywa się powszechnie zyskiem i miesza się także w tym wypadku płacę roboczą z zyskiem.
Ogrodnik, uprawiający własnemi rękami własny ogród, łączy w sobie trzy różne charaktery: właściciela ziemi, dzierżawcy i robotnika. Produkt jego musiałby mu przeto opłacić rentę pierwszego, zysk drugiego i płacę trzeciego. Zazwyczaj jednakże całość tę uważa się za plon jego pracy. W tym wypadku miesza się zarówno rentę jak i zysk z płacą.
Ponieważ w cywilizowanym kraju tylko niewiele jest dóbr, których wartość zamienna pochodzi jedynie z pracy, gdyż renta i zysk przy przeważnej większości dóbr do niej się znacznie przyczyniają, przeto roczny produkt jego pracy zawsze będzie dostateczny dla nabycia lub otrzymania w rozporządzenie o wiele większej ilości pracy, niż ta, której użyto na hodowlę, przeróbkę i sprowadzenie owego produktu na rynek. Gdyby społeczeństwo rocznie zatrudniało całą pracę, jaką rocznie może nabyć, to wobec tego, że ilość pracy z każdym rokiem wzrastałaby niezmiernie, wytwór każdego następnego roku miałby nieporównanie większą wartość, niż roku poprzedniego. Ale niema kraju, w którym cały produkt roczny używany jest na utrzymanie pracujących. Wszędzie próżnujący spożywają znaczną jego część, a odpowiednio do stosunku, w jakim on rocznie rozdziela się na te dwa różne odłamy ludności, zwykła czyli przeciętna jego wartość bądź wzrasta, bądź maleje, bądź też pozostaje z roku na rok tą samą.
Tak samo w każdem społeczeństwie lub okolicy istnieje zwykła czyli przeciętna stopa renty gruntowej, zależna również, jak to poniżej wykażę, po części od ogólnego stanu społeczeństwa lub okolicy, w której te grunta są położone, po części zaś od przyrodzonej lub podniesionej urodzajności gleby.
Te zwykłe czyli przeciętne stopy płacy roboczej, zysku i renty gruntowej można nazwać naturalnemi dla czasu i miejsca, w których zazwyczaj przeważają.
Gdy cena jakiegoś dobra nie jest ani wyższa, ani niższa, niż potrzeba, aby pokryć według naturalnej stopy rentę gruntową, płacę roboczą i zysk z kapitału, użytego na wyhodowanie, przeróbkę i dostarczenie dobra na rynek, wówczas zbywamy je po cenie, którą możemy nazwać naturalną.
Zbywamy wówczas dobro za tyle właśnie, ile ono jest warte, czyli za tyle, ile ono istotnie kosztuje osobę, dostarczającą je na rynek; jakkolwiek bowiem to, co pospolicie nazywamy ceną pierwotną dobra, nie obejmuje zysku osoby, która je odprzedaje; to przecież osoba ta byłaby stratną na handlu, gdyby zbywała po cenie, nie dającej jej zwykłej dla danej okolicy stopy zysków, gdyż przez inne jakieś zastosowanie swego kapitału mogłaby może owe zyski osiągnąć. Poza tern zysk ten stanowi jej dochód, właściwą podstawę jej utrzymania. Tak, jak podczas przeróbki i sprowadzania dobra na rynek osoba ta wykłada robotnikom ich zarobki czyli środki ich utrzymania, w ten sam sposób wykłada sobie samej własne środki utrzymania, odpowiednie zazwyczaj do zysku, jakiego słusznie spodziewać się może ze zbycia swych towarów. Jeżeli jej tego zysku nie dają, nie zwracają jej tego, co słusznie określić możemy jako koszty poniesione.
Aczkolwiek więc cena, przy której osiąga ten zysk, nie zawsze jest najniższą, po jakiej sprzedający niekiedy zbywać może swój towar, to jednak jest ona tą najniższą, po jakiej go sprzedawać będzie prawdopodobnie przez dłuższy okres czasu; tak jest przynajmniej tam, gdzie istnieje zupełna swoboda czyli gdzie można wedle swego upodobania zmieniać zajęcie.
Cena bieżąca, za którą dobro zazwyczaj zbywają, nazywa się jego ceną rynkową. Może ona być wyższa, lub niższa, albo ściśle ta sama, co cena naturalna.
Cena rynkowa każdego dobra zależy od stosunku między jego ilością, znajdującą się w danej chwili na rynku, a zapotrzebowaniem tych, którzy gotowi są dać cenę naturalną tego dobra czyli całkowitą wartość renty pracy i zysku, jaką trzeba było opłacić, aby je tam sprowadzić. Osoby te można nazwać istotnie żądającemi, popyt zaś z ich strony - popytem istotnym, ponieważ wystarcza on na to, by spowodować sprowadzenie dobra na rynek. Różni się on od popytu bezwzględnego. O zupełnie ubogim człowieku można ostatecznie powiedzieć, że potrzebuje powozu w sześć koni; pragnąłby go może mieć; ale jego popyt nie jest istotny, gdyż dla zaspokojenia takiego popytu nigdy dane dobro nie będzie dostarczone na rynek.
Gdy sprowadzona na rynek ilość jakiegoś dobra jest mniejsza od istotnego popytu, wówczas z tych, którzy gotowi są opłacić całą wartość renty, płacy i zysku, niezbędną dla sprowadzenia dobra na rynek, nie wszyscy będą mogli zaopatrzyć się w żądaną przez siebie ilość dobra. Zamiast żądać na próżno, niektórzy skłonni będą dać więcej. Natychmiast rozpoczyna się wśród nich współzawodnictwo, a cena rynkowa podnosi się bardziej lub mniej ponad cenę naturalną, zależnie od tego, czy wielkość braku, lub zamożność i żądza zbytku współzawodników silniej lub słabiej podniecają żywość współzawodnictwa. Wśród współzawodników o równej zamożności i skłonności do zbytku równy brak wywołuje zwykle współzawodnictwo silniejsze lub słabsze, zależnie od tego, czy nabycie dobra ma dla nich większe lub mniejsze znaczenie. Stąd niepomierna cena artykułów pierwszej potrzeby podczas oblężenia miasta lub głodu.
Gdy sprowadzona na rynek ilość danego dobra przewyższa istotny popyt, nie wszystko można sprzedać tym, którzy gotowi są opłacić całą wartość renty, płacy i zysku, niezbędną dla sprowadzenia dobra na rynek. Pewną część sprzedać trzeba tym, którzy ofiarowują mniej, niska zaś cena dawana przez nich obniżyć musi cenę całości. Cena rynkowa spada bardziej lub mniej poniżej ceny naturalnej, zależnie od tego, czy wielkość nadmiaru wzmaga silniej lub słabiej współzawodnictwo sprzedających, albo też zależnie od tego, czy bardziej lub mniej zależy im na bezzwłocznem wyzbyciu się dobra. Taki nadmiar w dowozie dóbr łatwo ulegających zepsuciu wywołuje współzawodnictwo o wiele większe, niż przy dobrach trwałych: o wiele znaczniejsze, na przykład, przy dowozie pomarańcz, niż żelastwa. Gdy sprowadzona na rynek ilość wystarcza na pokrycie istotnego popytu i nie jest wyższa, cena rynkowa staje się oczywiście równą cenie naturalnej, bądź tak jej bliską, jak tylko to sobie możemy wyobrazić. Cała rozporządzalna ilość może osiągnąć tę cenę, ale nie może osiągnąć ceny wyższej. Współzawodnictwo między poszczególnymi sprzedawcami zmusza ich wszystkich do zgodzenia się na tę cenę, ale nie zmusza ich do przyjęcia niższej.
Ilość każdego dobra, dostarczanego na rynek, dostosowuje się sama w sposób naturalny do istotnego popytu. W interesie wszystkich, używających swej ziemi, pracy lub kapitału dla dostarczenia jakiegoś dobra na rynek, leży, aby jego ilość nigdy nie przekraczała istotnego popytu; w interesie zaś wszystkich innych leży, by nigdy nie była od tegoż popytu mniejszą.
Jeżeli w jakimś czasie ta ilość przekracza istotny popyt, pewne składowe części ceny spadną poniżej swej stopy naturalnej. O ile to będzie renta, interes właścicieli ziemi skłoni ich natychmiast do innego użycia części gruntów; o ile znów jest to płaca lub zysk, to interes robotników w jednym, a interes pracodawców w drugim wypadku skłoni ich do wycofania części pracy bądź kapitałów z tego zawodu. Wtedy ilość dostarczana na rynek zacznie wnet ledwie starczać na pokrycie istotnego popytu. Wszystkie części składowe danej ceny podniosą się znowu do swojej stopy naturalnej, a cała cena - do ceny naturalnej.
Przeciwnie, jeżeli się zdarzy, że ilość dostarczona na rynek nie wystarcza dla pokrycia istotnego popytu, niektóre części składowe ceny podniosą się ponad swoją stopę naturalną. O ile to będzie renta, interes wszystkich pozostałych właścicieli ziemi skłoni ich oczywiście do przysposobienia więcej gruntów pod uprawę tego dobra; o ile będzie to płaca lub zysk, to interes wszystkich pozostałych robotników i przedsiębiorców skłoni ich rychło do włożenia więcej pracy i kapitałów w przygotowanie i sprowadzenie danego dobra na rynek. Dostarczana tam ilość wkrótce okaże się dostateczną dla pokrycia popytu istotnego. Rozmaite części składowe ceny spadną wkrótce do swojej stopy naturalnej, a cala cena - do ceny naturalnej.
Cena naturalna stanowi więc niejako cenę centralną, ku której ceny wszystkich dóbr ustawicznie ciążą. Różne okoliczności mogą je niekiedy utrzymać znacznie ponad ceną naturalną, a niekiedy znów obniżyć nawet poniżej tej ceny. Jakiekolwiek jednak są te przeszkody, powstrzymujące je od utrzymania się na tym centralnym punkcie spoczynku i stałości, zawsze przecie dążyć będą ku niemu. Tak więc, cała ilość pracy, zużywana rocznie na dostarczenie rynkowi danego dobra, przystosowuje się w sposób naturalny do istotnego popytu. W sposób naturalny zmierza ona do dostarczania zawsze takiej właśnie ilości, jakiej potrzeba na zaspokojenie tego popytu, ale też nie większej, niż potrzeba.
W niektórych jednak zawodach ta sama ilość pracy w różnych latach wytwarza zupełnie różne ilości dóbr, podczas gdy w innych wytwarza zawsze jednakowe lub przynajmniej prawie jednakowe ilości. W gospodarstwie rolnem ta sama liczba robotników produkuje w różnych latach zupełnie różne ilości zboża, wina, oliwy, chmielu i t. p. Natomiast ta sama liczba przędzalników i tkaczy wytwarza corocznie jednakową lub prawie jednakową ilość płótna i sukna. W przedsiębiorstwach pierwszego rodzaju do istotnego popytu dostosowuje się mniej więcej tylko produkcja przeciętna; a ponieważ produkcja rzeczywista bywa tu częstokroć albo większa albo mniejsza od przeciętnej, przeto ilość dóbr dostarczanych na rynek albo przewyższa znacznie popyt istotny, albo też wcale na pokrycie jego nie wystarcza. Gdyby więc nawet ten popyt był wciąż jednakowy, cena rynkowa ulegałaby znacznym wahaniom, to spadałaby znacznie poniżej ceny naturalnej, to znów znacznieby ją przewyższała. W drugim rodzaju przedsiębiorstw, gdy wytwór tej samej ilości pracy pozostaje wciąż jednakowy, albo przynajmniej prawie jednakowy, dostosować go można ściślej do popytu istotnego. Gdy przeto popyt pozostaje bez zmiany, cena rynkowa dóbr może również pozostać bez zmiany i zgadzać się z ceną naturalną całkowicie, lub też tak być bliską, jak tylko to sobie możemy wyobrazić. Że cena płótna i sukna nie podlega ani tak częstym ani tak znacznym zmianom, jak cena zboża, o tern każdy wie z własnego doświadczenia. Cena jednego rodzaju dóbr ulega zmianie nie jedynie wraz ze zmianami popytu, drugiego zaś rodzaju nie tylko przy zmianach popytu, lecz przy tych znacznie większych i częstszych zmianach, jakie zachodzą w ilościach dóbr, sprowadzonych na rynek w celu zaspokojenia owego popytu.
Przypadkowe i czasowe wahania w cenie rynkowej jakiegoś dobra odbijają się przeważnie na tych jej częściach, które przypadają na płacę i zysk. Mniej dotykają one tę część, która przypada na rentę gruntową. Renty, ustalonej w pieniądzach, wahania te nie dotykają wcale ani pod względem stopy, ani pod względem wartości. O ile renta ustalona jest jako pewna określona część lub jako określona ilość produktu surowego, wszelkie przypadkowe i czasowe wahania w cenie tego produktu odbijają się wprawdzie na rocznej wartości renty, rzadko jednak wpływają na jej roczną wysokość w naturze. Przy ustalaniu warunków dzierżawy, właściciel i dzierżawca starają się wedle możności przystosować mniej więcej stopę renty do przeciętnej czyli zwykłej ceny produktu, nie zaś do jego ceny przypadkowej, chwilowej.
Wahania takie odbijają się na wartości i stopie płacy lub zysku w zależności od tego, czy rynek zaopatrzony jest nadmiernie, czy niedostatecznie w dobra lub pracę, w pracę już wykonaną lub dopiero potrzebną. Żałoba publiczna podnosi cenę czarnych tkanin (których w takich razach zazwyczaj za mało jest na rynku) i powieksza zyski tych kupców, którzy mają znaczniejszy ich zapas. Niema ona wpływu na płace tkaczów. Rynek jest niedostatecznie zaopatrzony w towary, nie zaś w pracę; nabył pracę już dokonaną, nie zaś dopiero wykonać się mającą. Żałoba publiczna podnosi płace robotników krawieckich. Pod tym względem rynek jest niedostatecznie zaopatrzony w pracę. Objawia się istotny popyt na większą ilość pracy, na wykonanie większej ilości robót, których jest brak. Obniża ona ceny kolorowych tkanin i zmniejsza zyski tych kupców, którzy posiadają znaczniejsze ich zapasy. Obniża to również płace robotników, zatrudnionych przy wyrobie tych dóbr, na które popyt został zatamowany na przeciąg sześciu, a może nawet dwunastu miesięcy. Tutaj rynek jest nadmiernie zaopatrzony zarówno w dobra jak w pracę.
Chociaż jednak cena rynkowa każdego poszczególnego dobra ciąży, że tak powiemy, ustawicznie ku cenie naturalnej, to jednak przy wielu dobrach raz szczególne okoliczności, raz znów naturalne przyczyny, kiedy indziej znów specjalne zarządzenia publiczne utrzymują cenę rynkową przez długi przeciąg czasu znacznie powyżej ceny naturalnej.
Gdy skutkiem wzrostu istotnego popytu podnosi się cena rynkowa jakiegoś dobra znacznie ponad cenę naturalną, wówczas ci, którzy kapitały swoje obracają na zaopatrywanie tego rynku, zazwyczaj starannie ukrywają zaszłą zmianę. Gdyby o niej powszechnie wiedziano, wielki ich zysk skłoniłby tylu współzawodników do zastosowania kapitałów w tej samej dziedzinie, że nastąpiłoby rychło zaspokojenie istotnego popytu i obniżenie ceny rynkowej do naturalnej, a może nawet na pewien czas poniżej tejże. Jeżeli rynek położony jest w znacznej odległości od miejsca zamieszkania tych, którzy go zaopatrują, to mogą oni niekiedy zachować tajemnicę przez kilka lat i korzystać przez ten czas z nadzwyczajnych zysków bez nowych współzawodników. Wszelako tajemnice takie, przyznać należy, rzadko utrzymują się długo; nadzwyczajne zyski zaś trwają nie o wiele dłużej, niż owe tajemnice.
Tajemnice wyrobu dają się dłużej zachowywać, niż tajemnice handlu. Farbiarz, który wynalazł sposób otrzymywania pewnego barwnika z materjałów o połowę tańszych niż używane dotychczas, może przy umiejętnym zarządzie korzystać z prerogatyw swojego wynalazku aż do śmierci, a nawet przekazać go w spadku swoim potomkom. Nadzwyczajne jego zarobki wynikają z wysokiej ceny, jaką otrzymuje za swoją osobistą pracę. Stanowią one właściwie wysoką płacę za tę pracę. Ponieważ jednak powtarzają się przy każdej części jego kapitału i pozostają wobec tego jako całość w pewnym stałym stosunku do tego kapitału, przeto uważane są zazwyczaj za nadzwyczajne zyski z kapitału.
Podobne wybujałości w cenie rynkowej stanowią oczywiście skutek szczególnego przypadku, którego działanie może jednak trwać niekiedy szereg lat.
Niektóre płody natury wymagają tak specjalnych warunków gleby lub położenia, że nadające się do ich uprawy przestrzenie rozległego kraju nie wystarczają jednak na zaspokojenie istotnego popytu. Cała więc ilość dostarczana na rynek dostaje się tym, którzy skłonni są dać więcej, niż trzeba na opłacenie według naturalnej stopy renty od gruntów produkujących te płody, oraz płacy za pracę i zysku z kapitału, użytych na ich wyrób i dostarczenie na rynek. Płody takie mogą być sprzedawane w ciągu całych stuleci po tej wysokiej cenie; a część składowa ceny, przypadająca na rentę gruntową, jest w tym wypadku tą częścią, która opłacana jest powyżej stopy naturalnej. Renta z gruntów dostarczających płodów tak niezwykłych i cennych, np. renta z niektórych winnic francuskich o szczególnie szczęśliwych warunkach gleby i położenia, nie stoi w żadnym stosunku do renty z innych, równie urodzajnych i dobrze uprawnych gruntów tej okolicy. Natomiast płaca za pracę i zyski z kapitału, użytych na dostarczenie tych dóbr na rynek, rzadko przekraczają naturalny stosunek, zwykły w tych okolicach przy innem zastosowaniu pracy i kapitału.
Podobne wybujałości w cenie rynkowej są oczywiście wynikiem przyczyn naturalnych, nie zezwalających, aby istotny popyt znalazł kiedykolwiek całkowite zaspokojenie, i mogących przeto działać bez końca.
Monopol, udzielony jakiejś osobie lub spółce handlowej, działa zupełnie tak samo, jak tajemnica handlowa lub przemysłowa. Stale dostarczając na rynek ilości niedostatecznych, nigdy nie pokrywając istotnego popytu, monopoliści mogą zbywać swoje towary po cenie znacznie wyższej od naturalnej i ciągnąć korzyści, wyrażające się bądź w płacach, bądź w zyskach, znacznie przewyższających stopę naturalną.
We wszelkich warunkach cena monopolowa jest najwyższa, jaką osiągnąć można. Cena naturalna natomiast czyli cena przy swobodnem współzawodnictwie jest co najniższa cena, jaką można przyjąć, nie we wszystkich może okolicznościach, ale w ciągu jakiegoś dłuższego okresu czasu. Pierwsza z nich bywa we wszelkich warunkach ceną najwyższą, jaką można wycisnąć z nabywców czyli jaką przypuszczalnie zgodzą się zapłacić; druga bywa ceną najniższą, jaką sprzedawcy na ogół przyjąć mogą i przy której mogą w dalszym ciągu uprawiać swój zawód.
Wyłączne przywileje cechowe, przepisy o nauce rzemiosła i wszystkie wogóle ustawy, które w pewnych zawodach ograniczają współzawodnictwo do mniejszej liczby osób, niżby bez tego było, zmierzają, choć w mniejszym stopniu, do tego samego celu. Są to pewnego rodzaju rozszerzone monopole, podtrzymujące cenę rynkową poszczególnych dóbr w całych zawodach i w ciągu stuleci powyżej ceny naturalnej, i zapewniające zarówno płacy za pracę jak i zyskom z kapitału, które znajdują w nich zastosowanie, stopę nieco wyższą od naturalnej.
Podobne wybujałości w cenie rynkowej mogą tak długo trwać, jak długo działają wywołujące je zarządzenia publiczne. Cena rynkowa każdego dobra może wprawdzie przez dłuższy czas trzymać się powyżej jego ceny naturalnej, nie może jednak utrzymać się długo poniżej. Bez względu na to, która z części ceny rynkowej wypada poniżej stopy naturalnej, zawsze osoby poszkodowane natychmiast odczują swój uszczerbek i bezzwłocznie wycofają tyle ziemi, albo tyle pracy, albo tyle kapitału, że ilość dostarczana na rynek wnet będzie tylko wystarczała na pokrycie istotnego popytu. Zatem cena rynkowa rychło podniesie się do wysokości naturalnej. Tak przynajmniej miałaby się rzecz tam, gdzie istnieje zupełna swoboda.
Faktycznie wszakże, te same przepisy o nauce rzemiosła i inne ustawy cechowe, które pozwalają robotnikowi, podczas rozkwitu rzemiosła, osiągać zarobki znacznie przewyższające stopę naturalną, niekiedy zmuszają go, gdy rzemiosło jest w upadku, przystawać na znaczne ich obniżenie poniżej tej stopy. Jak w pierwszym wypadku wykluczają wielu ludzi z jego zawodu, tak w drugim wykluczają jego samego z wielu zawodów. Bądź co bądź jednak wpływ tych przepisów nie bywa bynajmniej tak trwały przy obniżaniu zarobku robotnika poniżej, jak przy jego podnoszeniu powyżej stopy naturalnej. W jednym kierunku wpływ ten rozciągać się może na wiele stuleci, w drugim zaś nie trwa dłużej, jak życie robotników, przygotowanych do danego zawodu w okresie jego rozkwitu. Gdy ci wymrą, liczba osób kształconych w danym zawodzie dostosuje się sama do istotnego popytu. Nato, aby w pewnym poszczególnym zawodzie płace robocze lub zyski z kapitałów utrzymać przez kilka pokoleń poniżej stopy naturalnej, potrzebaby praw równie surowych jak w Hindostanie lub w starożytnym Egipcie (gdzie przepisy religijne zmuszały każdego do pozostawania przy zawodzie ojca, a za najcięższe świętokradztwo poczytywano zmianę tego zawodu na inny).
Oto jest wszystko, co uważałem na teraz za konieczne zaznaczyć w sprawie czasowych lub stałych odchyleń ceny rynkowej dóbr od ceny naturalnej.
Sama cena naturalna zmienia się wraz ze stopą naturalną każdej ze swych części składowych, płacy, zysku i renty; a w każdem społeczeństwie stopa ta zmienia się odpowiednio do jego warunków bytu, odpowiednio do jego zamożności lub ubóstwa, jego stanu rozwoju, zastoju lub upadku.